Rockmann: jak nie zostałem saksofonistą, czyli bierz swój kilof i wskakuj do kopalni muzyki

Jakimi metodami Wojciech Mann odmładzał zajechane winyle?
W jaki sposób grupie nastoletnich zapaleńców udało się ściągnąć do szarego PRL-u samych Rolling Stonesów?
Gdzie w Warszawie można było dostać coke?
I jakie to uczucie zaśpiewać przed wielotysięczną widownią ze Stevie Wonderem?”

Postanowiłam poznać odpowiedzi na te pytania.

rm1_zpsm768gwqj.jpg

Otwierając tę książkę wsiadłam w teleport. Wyrzucił mnie w latach 50. XX wieku, gdzie wpadłam w pętlę czasową i zostałam na dobre 200 stron. Wojciech Mann, snuje swoim niskim, sennym głosem opowieść o tym, czym jest dla niego muzyka – zero banałów, samo życie. Jego życie. Książka jest istną relacją na żywo z bolesnego i ciężkiego porodu polskiej kultury współczesnej. Mann wspomina swój pierwszy gramofon, płytę, marzenia o saksofonie, podsłuchiwanie przez żelazną kurtynę Wolnej Europy, działalność w klubach, próby nakłaniania opornych władz do organizacji koncertów, wreszcie rozwój kariery radiowo-dziennikarskiej. Nie jest to nudna opowieść – ktoś, kto zaliczył domówkę z The Animals, opiekował się w środku nocy zagubionym Teddy’m Wilsonem, zacieśniał więzy przyjaźni z Wei Wei, trzymał strój w gwiazdki Johnny’ego Casha, występował w duecie ze Stevie’m Wonderem, zorganizował niezliczoną ilość koncertów, festynów, spotkań, zakładał kluby, radia, słowem tańczył, śpiewał i grał zdecydowanie ma swoje do powiedzenia. Warto posłuchać.

rm2_zps27p27cyn.jpg

Niewątpliwie przykuwa uwagę kontrast między „kiedyś” a „teraz”. Autor jednak udowadnia, że jeżeli ma się w sobie odpowiednio dużą ilość wytrwałości i ogień pasji można osiągnąć zamierzone cele. Że da się spełnić marzenia mimo zdecydowanie niesprzyjających warunków i nieustannego uderzania łepetyną w górę lodową biurokracji.

rm3_zpsstw05gvv.jpg

Książka to istna kopalnia wiedzy o muzyce i kulturze. Nic, tylko barć swój kilofek i kopać ile sił. Przytacza ogromną ilość historii, ciekawych anegdot, związanych nie tylko z życiem autora, ale przede wszystkim konkretnymi twórcami, organizacją koncertów, zderzeniami odmiennych kultur i mentalności – choćby moja ulubiona opowieść zza kulis o wynoszeniu na plecach pijanego perkusisty.

rm4_zpsbcchpafv.jpg

Pann Mann i jego specyficzne spojrzenie na świat interesowało mnie od dawna. Zaczęło się od zabawnych programików, które prowadził, później przeszło przez audycje w radiowej Trójce, aż dojechało do „Rockmanna”. Polubiłam jego dowcip, inteligencję i dystans do rzeczywistości i siebie samego. Książka zdecydowanie utwierdziła mnie w tym wrażeniu – napisana jest wyjątkowo lekkim, przykuwającym uwagę językiem, jednym z tych nielicznych zdolnych wywołać u czytelników głośne salwy śmiechu podczas lektury.

rm5_zpsz2luxbfs.jpg

Dodatkową jej zaletą jest ciekawa forma. Sama w sobie już świetna tkanina warstwy językowej utkana z mocnych nici anegdot została dodatkowo przyozdobiona wieloma zdjęciami, przedrukami, rękopisami, listami, pocztówkami, plakatami opatrzonymi naturalnie ciętymi komentarzami Manna. Bonusową atrakcją są prywatne „listy przebojów” autora ( piosenki najlepsze/najgorsze/najbardziej dołujące/covery lepsze od oryginałów i o wiele więcej kategorii) – ciekawy pomysł, kolejny element muzycznego poszerzania horyzontów, które zapewnia książka.

rm6_zpsfsozrxzv.jpg

Zdecydowanie pozycja obowiązkowa dla wszelkich pasjonatów kultury, zwłaszcza muzyki. Szczególnie jednak poleciłabym ją ludziom młodym – wiele z opisanych przez Manna sytuacji nie mieści się w głowie w dobie internetu,powszechnej dostępności wszystkiego, globalizacji i wysokiej współpracy między państwami. Rozsiedliśmy się na miękkich i wygodnych poduszkach luksusu, z czego nawet nie zdajemy sobie sprawy. Warto zafundować sobie taką wycieczkę w czasie, żeby umieć docenić to, co jest.


Wszystkie cytaty oraz fragmenty tekstu ze zdjęć pochodzą z „Rockmanna” Wojciecha Manna, Wydawnictwo Znak, Kraków, 2010 r.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Rockmann: jak nie zostałem saksofonistą, czyli bierz swój kilof i wskakuj do kopalni muzyki

  1. Pingback: Fotografomannia, czyli o wielkiej mocy zdjęć | inkoholiczka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s