„Kiedy nadejdą dobre wieści?”, czyli kryminalno-obyczajowo-psychologiczny warkocz

W spokojnym wiejskim zakątku Devonu sześcioletnia dziewczynka jest świadkiem wstrząsającej zbrodni.

Po trzydziestu latach odsiadki niejaki Andrew Decker wychodzi z więzienia. Rozpoczyna nowe życie.

W Edynburgu nadkomisarz Louise Monroe szuka zaginionej osoby. Niebawem znów spotyka na swojej drodze dawnego znajomego – detektywa Jacksona Brodiego.

Były prywatny detektyw Jackson Brodie jedzie zatłoczonym pociągiem. Pogrążony w myślach nie przeczuwa, że jego podróż zostanie brutalnie przerwana.

Szesnastoletnia Reggie pracuje jako niania. Pewnego dnia jej pracodawczyni znika wraz z dzieckiem. Reggie wydaje się być jedyną osobą zaniepokojoną tym faktem.

Wkrótce ich losy nieoczekiwanie się splotą.

Wydawnictwo Czarna Owca sprawiło mi ten zielonookładkowy powrót po latach do kryminałów. Rzut okiem na autorkę…

Widząc specyficzne nazwisko Pani Kate półświadomie zaczęłam obawiać się, że stanie się ona literackim odpowiednikiem innego Atkinsona:

Otóż nie. Nie, nie i jeszcze raz nie. Autorka zaserwowała nam tu pokaz świetnego, półobyczajowego, dowcipnego stylu. Dodatkowym jej atutem jest to, że na każdej stronie widać jej wykształcenie – aż roi się od rozmaitych cytatów z różnorakich dzieł literatury, mnóstwo słów w innych językach… Czyta się ją bardzo przyjemnie, zwłaszcza, że nie powiela mocno utrwalonego wśród autorów kryminałów schematu używania języka wyłącznie do detalicznego opisywania zmasakrowanej ofiary bądź budowania gargantuicznego napięcia. Oczywiście, zwłaszcza ten drugi element jest potrzebny w dobrym kryminale, jednak chciałabym podkreślić, że „Kiedy nadejdą dobre wieści?” jest bardzo nieszablonowym przedstawicielem swojego gatunku. Dlaczego? Po prostu, skonstruowany jest inaczej – nie na zasadzie „kto-zabił-zastanawiajmy-się-a-potem-się-zaskoczmy-na-koniec”. Tutaj popełnienie zbrodni jest jedynie czymś w rodzaju prologu, cała akcja toczy się kilkanaście lat później, kiedy głównych bohaterów spotykają całkiem nowe problemy. Autorka skupia się dość mocno na tym, jak radzą sobie psychicznie z tym, przez co przeszli, jak to wpływa na ich zachowanie. Kryminał ten nazwałabym więc obyczajowo-psychologicznym.

Skoro już jesteśmy przy psychologii – jeden termin, który przewinął się w książce dość mocno przykuł moją uwagę. O jakie słowa chodzi? „Życie po śmierci”. Zwyczajne codzienne znaczenie tych słów czyniące z nich wytarty frazes traktujący o tym, co się przydarzy, gdy „pod żebrem żar ogniska zgaśnie i człek żyć przestanie”, został tu zmieniony. Postawiono go w zupełnie nowym świetle – jak wygląda życie człowieka po śmierci bliskiej osoby. W powieści pojawiło się kilka osób borykających się z tym kłującym bólem pamięci o zmarłym i każda z nich radziła sobie z nim całkiem inaczej. Bardzo ciekawy aspekt, bliski prędzej czy później każdemu człowiekowi na ziemi.

Nie martwcie się – nie brak też w nim obowiązkowego zagmatwania i, (wiem, że to banalnie brzmi…), naprawdę niespodziewanych zwrotów akcji. Niejednokrotnie lektura przyprawiała mnie o Efekt Berta Z Ulicy Sezamkowej…

… i musiałam dać sobie chwilę na połączenie wątków i próbę ułożenia sobie wszystkiego w głowie.

Atkinson plecie z kilku, pozornie niezwiązanych ze sobą zupełnie wątków misterny warkocz, który wraz z biegiem akcji staje się coraz bardziej poplątany i, kiedy tracimy już nadzieję na rozwiązanie w jakikolwiek sposób tego kołtuna, ona po prostu go odcina. Plusik należy się więc za dobrze i przemyślanie skonstruowaną akcję – wszystkie moje teorie, które sobie wymyśliłam podczas czytania książki na koniec okazały się kompletnym pudłem. Autorka i pod tym względem nie zawiodła. Pozostawiła też niezbędny margines niedopowiedzenia, który kończy książkę niczym tajemniczy wielokropek.

Książkę poleciłabym wszystkim, którzy od kryminałów z różnych przyczyn odeszli – bądź też nigdy nie zaczęli ich czytać. Nie jest to na pewno cierpkie i czarne espresso gatunku, które doceni tylko koneser. Przypomina mi to bardziej łagodną mleczną latte, która delikatnie wprowadzi nienawykłego Czytelnika w świat thrillerów.


Grafiki pochodzą ze stron: i.telegraph.co.uk,  sejakes.files.wordpress.com.

Wszystkie cytaty oraz fragmenty tekstu ze zdjęć pochodzą z blurpu oraz treści powieści „Kiedy nadejdą dobre wieści” Kate Atkinson, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa, 2015 r.

Za książkę serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.

Reklamy

6 uwag do wpisu “„Kiedy nadejdą dobre wieści?”, czyli kryminalno-obyczajowo-psychologiczny warkocz

  1. W takim razie bardzo polecam Ci tą pozycję 🙂 Psychologia postaci nie jest w niej przytłaczająca i analizowana w każdym możliwym miejscu, ale też Autorka nie pomija jej całkowicie, tak jak to czasami bywa niestety w kryminałach.

    Polubienie

  2. Czarna seria jest tą, w której zaczytuje się raczej mój mężczyzna niż ja, ale ostatnio i na moich półkach zaczynają gościć kryminały. Możliwe więc, że się skuszę – szczególnie, że piszesz, że nada się dla tych, którzy takich książek nie czytają 🙂

    Pozdrawiam,
    D.

    Polubienie

  3. Pingback: „Zagadki przeszłości”, czyli – Jackson, jest robota do zrobienia! | inkoholiczka

  4. Pingback: „Przed upadkiem”, czyli espresso z posmakiem skandynawskim | inkoholiczka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s