„House of Cards: Bezwzględna gra o władzę”, czyli I’m Urquhart. Francis Urquhart.

Czy jestem fanką serialowego Francisa Underwooda? Nie. Bo co to znaczy być fanem? Żywić do kogoś pozytywne uczucia, co najmniej sympatię, a często o wiele więcej. A co ja do niego czuję? Szacunek, podziw i fascynację opartą na strachu. I myślę, że byłby ze mnie zadowolony.

„Człowieka motywuje nie szacunek, lecz strach. To na nim buduje się imperia i za jego sprawą wszczyna rewolucje. W tym tkwi sekret wielkich ludzi. Kiedy ktoś się ciebie boi, zniszczysz go, zmiażdżysz, a w efekcie on zawsze obdarzy cię szacunkiem. Prymitywny strach jest upajający, wszechogarniający, wyzwalający. Zawsze silniejszy od szacunku. Zawsze.”

Myślicie, że władza w Westminsterze demoralizuje mniej niż w Waszyngtonie? Nic podobnego Urquhart-Underwood, Mortima-Claire, Matti-Zoe, O’Neill-Russo i cała rzesza innych polityków udowadniają, że to bujda na resorach. Szczerze powiedziawszy bałam się, że oglądając najpierw serial nie mam już czego szukać w książce, ale na szczęście House of Cards okazało się unikatowym na skalę światową wyjątkiem od reguły. To była świetna uczta, a godny podkreślenia jest fakt, że jestem raczej politycznym laikiem.

Widać bardzo wyraźnie, że książka była dopracowywana w czasie późniejszym, niż została napisana. Ale w żadnym wypadku nie jest to wada. Kiedyś byłam zagorzałą zwolenniczką nie tykania się raz zakończonych dzieł. Tylko krowa nie zmienia poglądów i teraz sama z chęcią szlifuję swoje dawne pomysły pucując je i nabłyszczając ponownie i ponownie. Takoż właśnie uczynił (i sam się do tego przyznał) Michael Dobbs. Wiadomo, że istotą książki jest brudasierna polityka i to ona będzie głównym tematem, do którego zmierza każda literka. Autor jednak, obok długich opisów intryg i knowań, nie skąpił Czytelnikowi i wartkich, błyskotliwych dialogów, od których aż skrzy się powieść.

Mówiłam już kiedyś, że kocham detale? No więc kocham je całym mym inkoholiczkowym sercem, zarówno te filmowe, jak i literackie. A co to są detale literackie? Ano spójrzcie na te dwa fragmenty:

1. „Sekretarz polityczny wyrzucił gazetę do kosza.”

2. „Sekretarz polityczny wziął gazetę do ręki, zwinął ciasno i rzucił w drugi koniec pokoju. Wylądowała z łoskotem w koszu na śmieci, przewracając go, tak że zawartość rozsypała się po dywanie. Wyrzucone strony brudnopisu przemówienia zmieszały się z popiołem z papierosów i kilkoma puszkami po piwie i soku pomidorowym.”

Albo tutaj:

1. „Mattie Storin czekała w służbowym samochodzie na pojawienie się Francisa Urquharta. W zamyśleniu rozważała ostatnie doniesienia o przetasowaniach w rządzie.”

2. „Sfatygowane BMW od prawie kwadransa stało przed domem na Cambridge Street w Pimlico. Siedzenia były zawalone porzuconymi gazetami i opakowaniami po batonikach zbożowych, które w takiej ilości mogła naprodukować tylko bardzo zapracowana singielka, a pośrodku tego chaosu siedziała Mattie storin zagryzając wargi. Ogłoszenie późnym popołudniem przetasowań w rządzie, a raczej ich braku, wywołało gorączkową dyskusję nad tym, czy premier wykonał genialne posunięcie, czy raczej stracił zimną krew.”

Widzicie kolosalną różnice w obrazach, jakie pojawiły się w Waszych głowach? Niby nic… A tak to się zaczęło 😉 Takie drobiazgi są ważne. Bardzo cenię, kiedy Autor idzie Czytelnikowi na rękę i wstawia od czasu do czasu maksymalnie szczegółowe opisiki tego typu. Czytamy tak sobie, czytamy i sami nawet nie wiemy kiedy w naszej głowie wytworzył się bardzo dokładny obraz sytuacji. Dodatkowo tego typu „fabularne” wstawki czynią miejscami ten z racji tematyki automatycznie przyciężkawy język nieco lżejszym. Dobbs jest naprawdę dobry.

Mimo niewątpliwych podobieństw i samej genezy serialu z Kevinem Spacey w roli głównej liczne różnice wytwarzają między dziełem kinematograficznym a literackim wielką przepaść. Weżmy chociażby kreację samej żony Francisa w obu dziełach. Skrajnie odmienna. Claire to twarda, niezależna, równie przebiegła jak mąż wspólniczka i towarzyszka, Mortima – ciepła żonka-gospodyni, wytwarzająca wokół siebie chmurkę poczucia bezpieczeństwa.

W związku z owymi różnicami ciężko mi traktować jedno jako efekt drugiego. Widzę je jako dwa odrębne światy, które świetnie uzupełniają nawzajem swoje braki, a każde z nich wnosi coś niepowtarzalnego. Netflixowy sposób mówienia Francisa do kamery czyni z Czytelnika wspólnika zbrodni i to siedzącego w samym środku wydarzeń. Z kolei i narracja książkowa ma swoje niepowtarzalne smaczki. Nie jestem w stanie żadnych z tych form wyróżnić ponad drugą. Mogę za to powiedzieć jedno. Fani książki – marsz oglądać serial. Fani serialu – marsz czytać książkę. 🙂


Wszystkie cytaty oraz fragmenty tekstu ze zdjęć pochodzą z „House of Cards – Bezwzględna gra o władzę”, Michael Dobbs, Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków, 2015 r.

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję księgarniom Matras.

Reklamy

5 uwag do wpisu “„House of Cards: Bezwzględna gra o władzę”, czyli I’m Urquhart. Francis Urquhart.

  1. Dobry i solidny artykuł. Osobiście z HoC miałem do czynienia jedynie w formie serialowej, ale ilekroć jestem w Empiku zastanawiam się, czy nie kupić tej książki. Chyba się skuszę. 😀
    Zwróć uwagę, że w cytatach czcionka nie obsługuje polskich znaków przez co polskie znaki strasznie biją po oczach.
    Pozdrawiam 😀

    Polubienie

  2. Pingback: Przywitaj się z królową, czyli szkoła przetrwania w świecie dyplomacji | inkoholiczka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s