„Boska Florence”, czyli nie musisz być najlepsza. Ale zawsze wkładaj serce w to, co robisz.

Pół blogoświata podróżuje tłumnie na pełen seksu, niesmaczny film o przygodach jakichś dziwnych, animowanych parówek, by móc potem napisać recenzję o tym, jak jest niedobry i jak śle się bawili. No więc ja mówię Wam to już teraz, bez pójścia i przehulania pejtnastu złotych polskich. Kwotę ową zawrotną postanowiłam wydać w sposób nieco lepszy – pełne miłości do Meryl Streep inkoholicze serduszko wybrało się na film „Boska Florence”, traktujący o TEJ Pani:

florence-foster-jenkins

W skrócie życiorys przedstawiając: dawno, dawno temu, a ściślej mówiąc w 1896 roku na świat przyszła była pewna babka. Jedna z wielu na tym świecie, ALE! Babka owa  marzyła o karierze muzycznej, ściślej mówiąc operowej śpiewaczki. W międzyczasie pogrywała sobie na pianinku i nawet dobrze jej to szło, bo w wieku lat ośmiu wstępowała już przed prezydentem. Niestety. Wyrodny tatulo, Karolek Foster, który wymarzył dla swojej córusi karierę kury domowej, kategorycznie odmówił jej funduszy na muzyczne mrzonki. Zakręcił jej kurek z gotówką czyli. Florentynka więc postanowiła postąpić jak, że się tak wyrażę, typowa nastolatka. Po prostu uciekła z domu. Na gigancie zaś hajtnęła się była z doktorem Franiem Fosterem. I już mieli sobie żyć w Filadelfii długo i szczęśliwie, gdy okazało się, że mąż-doktorek w pantalonach zdejmowaniu nie ma sobie równych i już u kilku takich Florentynek był z wizytą domową wcześniej. I, wręcz bezczelnie z racji profesji, zaraził żonę swą syfilisem. Po rozwodzie zła passa Florence jednak się odwróciła – pewien aktor, niejaki St. Claire Bayfield, zakochał się w niej do szaleństwa. Z wzajemnością, więc związała się do końca swojego życia. Dodatkowo wyrodny tata-sknerus kopnął w owym czasie kalendarz i zostawił córce niemałą fortunę. Mogła więc wreszcie zacząć swą błyskotliwą karierę. 

Kariera jak brzmiała – każdy widzi. Dlaczego? Tego nie wie nikt. Z zasłyszanej anegdoty wiem, że podobno jako dziewczynka miała jakąś infekcję ucha, która zupełnie pozbawiła ją słuchu muzycznego. Ona po prostu zwyczajnie NIE SŁYSZAŁA swoich fałszów, żyła w szczerym przeświadczeniu, że ma niezwykle rzadki sopran kolraturowy. Jednak Florence posiadała w sobie jakiś magnetyzm, magnetyzm, który na sale przyciągał dzikie tłumy. Ludzie naprawdę ją uwielbiali, mimo okrutnego fałszu, który w sposób wręcz makabryczny ranił uszy nawet przeciętnych melomanów i audiofili.  I tutaj właśnie do akcji wkracza niezwyciężona Meryl Streep. Ona nie dała z Florentynki zrobić pośmiewiska, o nie. Zagrała ją w tak ciepły, kochany i prawdziwy sposób, że człowiek sam zaczynał jej kibicować. Sam nie miałby serca podejść i powiedzieć: Hej, nie umiesz śpiewać, zajmij się czymś innym. Nie mógłby tego zrobić, bo Florence faktycznie wkładał w to całą siebie. Nasuwa mi się tu cytat z ostatnio czytanego „Sekretnego życia pszczół” – Lily, nie musisz być najlepsza. Wystarczy, żebyś wkładała serce w to co robisz. Florence tak właśnie postępowała – może prawdziwa autentyczność, dziecięca, naiwna wręcz szczerość jest tak rzadka, że ludzie widząc ją, czują ciepło, opiekuńczość, nie mają serca wyśmiewać?

maxresdefault

Równie boskim jak sama Florence zaskoczeniem w tym filmie była bombowa rola fortepianisty Cosme McMoon grana przez Simona Helberga. To, jak stworzył bohatera, już sama jego mimika – mistrzostwo. Fakt, może momentami był troszeczkę przerysowany, ale i tak sam swoją osobą świetnie wzbogacił rys komediowy w filmie. W niektórych momentach po prostu umierałam ze śmiechu, bo humor, który w „Boskiej…” się pojawia jest jednym z moich najulubieńszych. Sam film jest jednak taki… Słodko – gorzki. Nie brakuje cięższych wątków, choć sam temat trwającej wtedy wojny został potraktowany nieco po macoszemu i sprowadzony do gadającego o makabrycznościach radia. Ale czy nie tak wtedy było? Film z jednej strony ma ogromną lekkość, bombowe komediowe wątki i bardzo pozytywną, ciepłą atmosferę. Ale z drugiej pozostawia posmak goryczy, dotyczący choćby samej choroby Florence, ale nie tylko. Ci, co oglądali, wiedzą o czym mówię, tym co nie oglądali nie chcę psuć rozrywki.

florence1

A gdy wysłuchałam już wszystkiego tego, co ma mi do przekazania pani Foster Jenkins…

„Ludzie mogą mówić, że nie potrafię śpiewać. Ale nikt nie może nigdy powiedzieć, że nie śpiewałam.”

… naszły mnie pewne przemyślenia. A może rzeczywiście coś w tym jest? W końcu nie ci są sławni, co są najlepsi, ale ci są sławni co… są sławni. Nie wiedzę tu  żadnej reguły, często rządzi tym splot przypadków. Może rzeczywiście jedyna droga do marzeń to ciężko pracować wkładając w to całe swoje serce, mieć wokół siebie ludzi pełnych wsparcia i… po prostu się nie poddawać? Czy możliwe, żeby ten wyświechtany banał był prawdą? 😉


Źródła grafik użytych we wpisie: 12,  3

„Boska Florence”, reżyseria: Stephen Frears, aktorzy: Meryl Streep, Hugh Grant, Simon Helberg

Advertisements

11 uwag do wpisu “„Boska Florence”, czyli nie musisz być najlepsza. Ale zawsze wkładaj serce w to, co robisz.

  1. Bombowa recenzja :3 Meryl jak zwykle dała z siebie wszystko i stworzyła cudowną postać. Ja się zakochałam już od pierwszych scen.

    Lubię to

  2. Widziałam film na ulotkach, ale zupełnie o nim zapomniałam. Po twojej recenzji koniecznie chcę go zobaczyć. Dzięki za przybliżenie historii Flornce, niezwykle mnie zainteresowała 🙂

    Lubię to

  3. Cieszę się, że Cię zachęciłam 🙂 Podobało mi się właśnie to najbardziej – że nie zrobili z Florence pośmiewiska w tym filmie, a to by było bardzo proste. Oni stworzyli jej postać naprawdę bardzo delikatnie.

    Lubię to

  4. Czuję, że jak najszybciej muszę napisać też swoją recenzję. Ta jest piękna i profesjonalna. Ale nie potrafię się z nią zgodzić. Dla mnie ten film nie jest komedią i nie jest słodki. Nawet jeśli widownia co chwilę wyła (ja najgłośniej) i zajadała się M&M’sami. Kiedy pojawiły się napisy i nikt nie odważył się wstać, kiedy wszyscy byli cicho, kiedy było mi głupio, że się śmieję, rozumiałem to tak: to tragiczna opowieść o nieodwzajemnionej miłości. Nieświadomie nieodwzajemnionej. A czy może być co gorszego niż wmawianie sobie, że jest się kochanym do szaleństwa, przy jednoczesnym ryku radości społeczeństwa, które widzi, że to iluzja i kpina?

    (Meryl doskonała. Jak na film pozbawiony fabuły, a raczej o fabule oczywistej, utrzymała konwencję. Kto geniuszowi zabroni?)

    Lubię to

  5. Wiem, co masz na myśli – u nas też na napisach nikt nie wstał. Tyle, że film nieco przekłamał historię Florence i wprowadził kilka istotnych zmian, które sprawiły, że St.Claire stał się pół-zdrajcą, a Florence głupaweczką, która dowiedziała się, że fałszuje dopiero, kiedy trzy tysiące osób płakały ze śmiechu. Moja recenzja dotyczyła bardziej magnetycznej osoby samej Florence, chyba zrobiłam to bezwiednie. Ona znosiła mnóstwo krytyki, choć jej nie rozumiała i nie wierzyła ludziom. Kiedyś ponoć stanęła obok wybitnej śpiewaczki operowej i kazała ludziom wybierać, która z nich lepiej śpiewa. Tylko jedna kobieta odważyła się zagłosować na profesjonalną sopranistkę, a Florence powiedziała jej, urażona „Moja droga, jak mogłaś się tak pomylić, przecież mój głos jest o wiele pełniejszy”.

    Lubię to

  6. W tym tygodniu byłam w kinie na „Boskiej Florence”. Świetny, wzruszający film! Meryl i Hugh byli absolutnie cudowni. A o Florence Jenkins słyszałam już wcześniej. Uważam, że to bardzo urocza postać. Pozdrawiam.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s