„Pył co opada ze snów”, wojna jako impreza życia

Możecie mnie Państwo przekonywać ile chcecie i poić sloganami pod tytułem „nie oceniam książek po okładce” – ale psychologicznie udowodnioną jest prawdą, że ładne rzeczy są ładne. Praw fizyki pan nie zmienisz. Nie raz nie dwa wpadała Inkoholiczka w stan nagłej rzucawki z zachwytu nad jakąś książkopozycją – bo okładka zdatna do miziania, pięknie się błyszczy i na pewno wartościowa treść skoro taka miła powierzchowność.

cl7ortw

Epoka edwardiańska – piękne lata. Kobiety, herbata i śpiew. W tych sielankowy jest czasach dorastały sobie pod złotym kloszem cztery piękne siostry. Pieski hasały, do kościoła się od czasu do czasu poszło, w sąsiedztwie dużo męskiej nastoletniej dzieciarni, więc i pierwsza miłość miała na czym rosnąć, ogólnie żyć nie umierać. I w tym sielankowym życiamomęcie odwiedził ich gość najmniej spodziewany, a najbardziej nieproszony – wojna.

eq1uzmn

Na temat wojny czytałam dużo. Historycznych książek czytałam dużo i czytam nadal. Mam wśród autorów swoich faworytów. Czy jest wśród nich miejsce dla pana De Bernieres?

Wojna spod jego pióra jest… Bardzo dziwna. Wprost nie wiem od czego zacząć. Może od początku. Najpierw w oczy rzucił mi się świetny zabieg pisania każdego rozdziału w innej formie i z innej perspektywy – tu zwyczajnie, tu list, tu raport, tu pamiętnik – chwali się to z pewnością. Ale jest w tej książce jedna rzecz, która sprawia, że czuję się bardzo nieswojo – kilka rozdziałów jest spokojnych, powolnych, wręcz nudnawych, aż tu nagle jak nie dowali czymś maksymalnie makabrycznym opisanym z obrzydliwą detalicznością… Która w ogóle Cię nie rusza, bo nie byłeś w odpowiednim nastroju klimacie. Potem znów dziwne zachowania żołnierzy, jakby wojna była najlepszą imprezą na jaką w życiu się wybrali – co z tego, że jednemu czy drugiemu głowę od czasu do czasu urwie, było to wliczone przeca w koszty… A drugie pół książki – powolne zbieranie się do życia w promieniach słońca ciepłych i małych, codziennych powojennych traumach wyłażących na każdym kroku.

lzq8ncb

Rozważając jednak temat na wszelkie sposoby i z różnymi osobami, doszliśwa do konsensusu, który te dziwne gwałtowne wzloty i przydługawe, nudnawe upadki by wyjaśniał. Otóż! Autor wszak z Wielkiej Brytanii – a więc prawdziwy lord pewnie z krwi i kości, z kapelusikiem, monoklem, filiżanką herbaty w ręce i melancholią w spojrzeniu. Działa wolno, z rozwagą, stoicko spokojny i uroczo pogodny. Czasem tylko go coś ŁUP! Poderwie do życia, a wtedy pędzipędzipędzi, by wkrótce znów zwolnić i rozważać kreację królowej matki na ceremonii zaślubin syna z synowicą.

jxqmspy

I gdybym zakończyła recenzję tutaj, bardzo skrzywdziłabym i książkę, i Autora. Bo zanim się wypowiesz powinieneś, przynajmniej w teorii, jednak mimo wszystko do końca spróbować doczytać. I kiedy zamknęłam okładkę  z drugiej strony, wszystko ułożyło mi się ładnie w głowie. Pył opadł ze snów i pokrył błyszczącą, mieniącą się w słońcu warstwą cały ten świat, o którym czytałam. Ta narracja, nieco naiwna, nieco strachliwa, momentami wstrząsająca, momentami niewinna do bólu sprawia, że zaczynasz naprawdę rozumieć te dziwne mechanizmy kierujące młodymi, pełnymi ideałów i owsików nie pozwalających im usiedzieć na miejscu ludźmi. W pewnym momencie czytasz dalej dlatego, że chcesz przy nich być, czujesz, że nie możesz ich zostawić samych, musisz czuwać, musisz dowiedzieć się jak przetrwają, jak pozbierają się do poziomu pokoju. Chcesz zostać z tą rodziną do końca.

Nie wiem, co mam myśleć – ta książka mieni się jak tytułowy pył, czasem oślepiając Czytelnika. Jednocześnie mam ochotę poczytać więcej dzieł De Bernieres, żeby poznać jego warsztat, czekać na rozwinięcie tej książki w sagę i poznać dalsze życie innych sióstr McCosh i… Troszkę się zawstydzić. Bo kiedy pomyślę sobie o wojnie w Polsce, tej z kart historii i spod nieustraszonego, ostrego pióra Cherezińskiej, to ta miękka, zawoalowana tiulowymi welonami wersja sprawa, że kręcę niespokojnie głową i wzdycham z lekka nerwowo.

rpiv4qo

No. Taka to w skrócie się przedstawia telegraficznym. Pozwólcie więc, że na koniec ubogacę ten lordowsko – brytyjski zrównoważony utwór o polskiego kopa i zaserwuję Wam odpowiedni kawałek , który zarówno teledyskiem jak i muzyką znakomicie pasowałby do PCOZS i grał mi w głowie zawsze kiedy Daniel wylatywał na Szkopów.  Ett, två, tre, fyra!

 


„Pył, co opada ze snów”(„The Dust That Falls from Dreams”), Louis De Bernieres, tłumaczenie: Krzysztof Cieślik, Klementyna Wohl, Wydawnictwo W.A.B.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s