Book soundtracks #1, czyli folk na folku i folkiem pogania

Zaczyna mnie nieco martwić, że temat przewodni bloga coraz mocniej się poszerza na wszystkie strony jak statystyczny obywatel po hucznie obchodzonych świętach. Zatacza coraz szersze kręgi, zaczyna się tu wokół Inkoholiczki robić coraz bardziej różnorodnie i przez to całkiem niezrównoważenie. Nasuwa się naturalnie pytanie „co teraz będzie”, ale nie znam na nie jeszcze odpowiedzi, w związku z tym popędzę w pełnym sprincie na północ zanim dotrze do nas wszystkich, że to bez sensu 😀

Dziś działo się będzie dzieciaczki co nie miara. Literki są ważne, ale nuty są ważne równie, a obszar inkoholiczych miłości muzycznych rozprzestrzenia się nie mniej szybko jak tych książkowych. Dlatego dzisik uraczę Was bookowymi soundtrackami (dzisik i nie tylko dzisik, albowiem serią się wpis ów stanie).  Sountracki książkowe – ale rozumiane dwojako. Z jednej strony piosenki w pewnym konkretnym nurcie, pomagające zanurzyć się w klimat danego literackiego świata po same uszy. Nie muszą być słuchane naraz z czytaniem, bo mało kto to lubi, ale po prostu potęgują wrażenie wciągania w świat stworzony przez autora. Ale z drugiej strony mogą też zapewnić coś zupełnie innego – tu kłaniam się piszącym. Ogromnie inspirujące do stworzenia własnych światów i budzące wenę nawet z najgłębszego snu.

14650636_10153960953689013_7692434513978088803_n

Jeśli chodzi o folk, bo to od niego zacznę Book Soundtracks, tkwię w nim po uszy już od dawna i powraca do mnie cyklicznie w postaci zaprawdę ostrych faz. Zwykle zwiastujących przypływ weny tak zwanej w ilościach wprost nieprzepisywalnych. Tak, wiem, wena jest dla słabych, ale są takie dni przecież, że pisze się lepiej i takie, w których gorzej. Wszystko zaczęło się niewinnie – od powolnego wygrzebywania się z najcięższych czeluści metalu, z których kiedyś nie wychodziłam nawet na siku albo na obiad, na rzecz tego w wydaniu folkowym. Bardziej melodyjnego, nie tak przyciężkawo gotyckiego. I tak złapałam się na wędkę jednego z najpiękniejszych męskich głosów tego świata – wokalu Matthiasa Nygårda w bardzo smakowitym wydaniu NettaSkogowo-JussiWickströmowo-OlliVänskäwym. W inkoholiczym życiu, które jeszcze wtedy inkoholicze nie było w żadnym calu, zagościł…

 

Turisas

Rośpiewany, symfoniczny, energetycznie bombowy, epicki. Do dziś to jeden z moich absolutnie ulubionych zespołów – a teraz mam za sobą argument jeszcze wieloletniej im wierności 😉

Jeśli chcesz przy nim pisać – odradzam. Lepiej posłuchaj go wcześniej, a inspiruj się potem, bo jest bardzo absorbujący. Turisas przydaje się, kiedy akcja Ci się wlecze, kiedy masz do napisania scenę bitwy, albo chcesz po prostu wprowadzić się w nieco wikingowy klimat. A jeśli chcesz zażywać go z książkami, polecam „Hardą” i „Królową” Cherezińskiej, cykl Północna Droga tejże, wikingowe opowieści Malinowskiego i Lewandowskiego… A najlepiej pójdź na koncert. Jak powrzeszczysz trochę razem z tłumem ludzi, wznosząc z nimi do rytmu zaciśniętą pięść w górę, to sam znajdziesz się na chwilę w środku koncertowego berserku. To są te krótkie chwile, w których nie myśli się o ksiażkach. 😉

 

Hedningarna

Ciężka muzyka była, przeszła i teraz służy mi jedynie za bazę, która wskazała mi inne gatunki i otworzyła na nie. Od Hedningarny chyba tak na dobrą sprawę zaczęło się jakieś większe folkiem zafascynowanie – tutaj akurat w skandynawskim wydaniu. Lira korbowa to najpiękniej brzmiący instrument świata. A jak się dołoży do tego naprawdę niepokojące, nieco zgrzytliwe, jak jej dźwięk, wokale, to mózg zaczyna działać naprawdę na najwyższych obrotach, ciągnąc za sobą od razu palce wczepione w klawiaturę.

 

 

Gjallarhorn

A jak Państwo się nie boją kobietek za mikrofonem, to polecam właśnie GH. Jest nieco bliższa słowiańskim brzmieniom dzięki dość dużej ilości skrzypcowych wstawek – ale jakby chcieć urządzić w letnią równonoc potańcówkę w Skansenie wokół ogniska, to nada się jak żadna inna. Tutaj też można znaleźć w użyciu tak zwany kulning – rodzaj śpiewu pasterskiego ze ściśniętego gardła (to jest to od 1:35. Najciekawsze że to naprawdę działa na zwierzęta). To zupełnie zaskakujące, ale GH przydał mi się nie raz do tworzenia zupełnie innych światów niż folkowo-wikińsko-fantastyczne. Ta muzyka nie wpływa bezpośrednio na to co piszesz, ale na Ciebie – w jakiś sposób uelastycznia Ci synapsy i pozwala myśleć nieco innym trybem niż do tej pory, dostrzegać i tworzyć powiązania między pozornie odrębnymi od siebie zupełnie rzeczami.

 

Máddji

I właśnie dlatego, gdybym pisała SF, słowa miałyby prawdopodobnie właśnie taki smak.

 

Eivør

Nie jestem jakimś islandzko-farersko-grenlandzkim freakiem. Znacznie bardziej od nieziemskich, szarolodowych pustyń wolę głęboko zielone skadynawskie lasy. Jest jednak w tamtym rejonie coś naprawdę nie z tej planety. Pejzaż jak z innej galatyki, język niepodobny do żadnej innej ludzkiej mowy, wszechogarniająca cisza, maleńkość człowieka w starciu z pustką, ogromem ziemi. Muzyka stamtąd brzmi jak naprawdę z innego miejsca kosmosu i choć jest bardzo trudna, otwiera głowę na coś zupełnie nieznanego. A czy jest coś bardziej inspirującego niż zupełna, zupełna nowość?

 

Faun

Faunek to jedno z moich zejść z Północy na lekko południowy, słowiański bardziej folk, taki jak ten rozsławiony po całym świecie przez Wiedźmina 3. (No wiecie, Percival i to ich SŁYSZEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE…!). Z tego miejsca serdecznie polecam.

 

Co zaś się Fauna samego tyczy – niemiecki jaki jest, każdy słyszy. Ciężko się słucha jakichkolwiek piosenek po germańsku bez odruchu podnoszenia rąk do góry (przepraszam, nie mogłam się powstrzymać, sześć lat nauki języka nadal nie wypleniło ze mnie tej cechy). Faun jednak jest dość delikatną i całkiem znośną wersją tej mowy, a okraszony naprawdę skocznymi, nieco syntezatorowymi brzmieniami, słucha się miło. Bardziej do czytania niż do pisania.

 

Ugniavijas

Teraz pora na naszych wschodnich sąsiadów – sąsiadów, których usłyszałam raz i wsiąkłam w klimat doszczętnie. Czterej panowie z Ugniavijas – to ten kwartet ze zdjęcia z headu wpisu. Na początek usłyszałam ich cover Misty Mountain Cold, a potem okazało się, że mają wiele lepszych muzyk do zaoferowania. Aktualnie jestem w środku żmudnego i skomplikowanego procesu sprowadzania tu ich płyty, a jak już ją dostanę, to prawdopodobnie w tydzień wysłucham do zera i zedrę całkowicie. Jak już widzieliście na Facebooku, ten akurat zespół sparowałam z Meekhańskim klimatem Wegnera. I coś w tym jest, naprawdę. Słyszycie w tych głosach Verdanno?

To powinien być oficjalny soundtrack no.

 

Gyvata

A na koniec łapcie coś również z Litwy, ale tym razem z kobiecych krtani. Na spokojne zakończenie, na długie letnie wieczory na tarasie/balkonie z książką. Na zachodzące słońce. Mmmm.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Book soundtracks #1, czyli folk na folku i folkiem pogania

  1. A ja myślałem, że niemiecka muzyka to bawarska biesiada i Ramms+ein, a tu taki Faun. Już nie będę słuchał tylko Bacha i Handla :).

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s