Siostry, ogień napalono!, czyli świętojańskie opowiadanie

– Babko Sobótko! – nawoływanie rozdarło ciszę. – Babko Sobótko, jesteście tam?
Gromada odświętnie ubranych dziewcząt stała przed wejściem do chatki na skraju lasu. Tłoczyły się jak stado kokoszek, rozchichotane, wyczekujące. Ta poprawiała czerwone kokardy na warkoczach, owa podwinięty rąbek białej sukienki. Na głowie każdej z nich pysznił się świeżo spleciony wianek. Najwyższa, stojąca na przedzie, dzierżąca mały, wiklinowy koszyk, nawoływała niestrudzenie.
– Babko Sobótko! Antypecik i bartkę miodu śmy przyniosły! To ja, Mirka Bartniczanka!
W głębi chaty coś się poruszyło i wyszła z niej zasuszona, zgarbiona staruszka. Siwy, długi warkocz zwieszał się smętnie z jej ramienia, a wodniste, błękitnawe oczy potoczyły nieprzytomnym wzrokiem po dziewczętach. Kuśtykając podeszła do dziewczyny i wyciągnęła rękę po koszyk.
– Proszę, niech babka podje, matuś mnie wysyłają. – powiedziała dziewczyna. Jej towarzyszki obserwowały zza pleców staruszkę i szeptały coś między sobą chichocząc.

Sobótka wzięła koszyk, odsłoniła serwetę i wciągnęła zapach świeżo upieczonego pasztetu z zająca. Świetna była gospodyni z tej bartnikowej. Kiwnęła głową w podziękowaniu i naraz zupełnie znieruchomiała. Wzrok nieprzytomnych oczu potoczył się po wiankach, pysznych czerwonych koralach, białych halkach i ślicznych bucikach. Poorana zmarszczkami twarz rozpromieniła się.
– Dzisiaj przyjdzie Sieciech! – obwieściła ochrypłym głosem zbitym w gromadkę dziewczętom. Trajkotania ucichły, popatrzyły po sobie bez słowa.

***

d0bad183d0bfd0b0d0bbd0b0-d0b3d0b0d0b4d0b0d0bdd0b8d0b5_d0bdd0b0_d0b2d0b5d0bdd0bad0b0d185-2008-d0b4d0bed181d0bad0b02cd0bcd0b0d181d0bbd0be1

Sobótka kuśtykała skrajem lasu w stronę jeziora. Zmierzchało, w powietrzu czuć było rześki zapach rosy i dym odległych ognisk. Stokrotkowy wianek, który zgrabiałe ze starości palce naprędce uwiły był nieco zbyt szeroki i opadał z jednej strony na czoło. Nie przeszkadzało jej to, każda chwila była cenna. Musiała jak najszybciej dostać się na polanę. Z roku na rok nogi były coraz cięższe. Może Sieciech już tam jest, może już na nią czeka?

Już niedaleko, już tuż-tuż. Słyszała odległe śpiewy, hipnotyczny rytm bębnów, radosne piski dziewcząt i trzask ognia.

Siostry, ogień napalono
I placu nam postąpiono;
Czemu sobie rąk nie damy,
A społem nie zaśpiewamy?

Przyjdzie, przyjdzie, przyjdzie…, powtarzała sobie w myśli Sobótka. Tak powiedział. Wyszła na polanę, na której środku paliło się ogromne ognisko. Płomienie pięły się wysoko, dosięgały niemal koron najniższych drzew. Rozedrgany, ciepły blask ognia rozpromieniał zmrok, mamił zmysły. Wokoło kręciły się roztańczone dziewczęta, a dalej, na skraju lasu, przystanęły kumy obserwujące zabawy młodych i podrygujące w rytm muzyki. Spod chust zamężne gospodynie rzucały pobłażliwe, ciepłe spojrzenia – która z nich za młodu tak nie robiła? Widząc Sobótkę, poczęły szemrać między sobą. „Odkąd zginął, zwariowała…” „Biedna kobieta…” „Czeka na niego, tyle lat…” Staruszka słyszała strzępy ich głosów. Uśmiechnęła się. One nic nie wiedzą.

Przysiadła na zwalonym pniu na skraju polanki – w krzyżu znów zaczęło łupać, a kolana ścierpły od szybkiego marszu. Chyba w tym roku z tańca nici, pomyślała. Samotna łza spłynęła meandrami zmarszczek i zniknęła za kołnierzykiem bialuteńkiej koszuli. Sieciech nie zobaczy jej pięknej, roztańczonej, z zarumienionymi od ciepła policzkami. Będzie musiał rozejrzeć się dalej od ognia, ale na pewno ją zobaczy, znajdzie, rozpozna.

Piękna nocy, życz pogody,
Broń wiatrów i nagłej wody;
Dziś przyszedł czas, że na dworze
Mamy czekać ranej zorze.

Sobótka potoczyła wzrokiem po tańczących dziewczętach gładząc leniwie szponiastymi palcami swój cieniutki, siwy warkoczyk. Hanka Młynarczykówna śmiała się najhałaśliwiej. Bezwstydnie ogromny, uwity ogromnych z czerwonych róż wianek kołysał się w rytm tańca na czarnych lokach. Kilka razy omal nie spadł, jej towarzyszki łapały go w ostatniej chwili i osadzały z powrotem na miejscu. Kwiecista spódnica furkotała. Obok niej, niemniej harda skakała Bogna Dzieborzanka. Biała postać smyrgała to w jedną, to drugą stronę. Spod idealnie splecionego, chabrowego wianka wyglądały dwa, wesołe warkocze, które podskakiwały jakby same rwały się do tańca. Przez chwilę Sobótce mignął i gruby, złoty splot Bartniczanki, której matka zawsze podsyłała coś do zjedzenia. Dobre kobiety. Do paleniska jak ćmy lgnęły też Bogumiła z siostrami, liczne córki kołodzieja, jedna w drugą rudę jak ogień, wokół którego krążyły. Były i inne rozchichotane dziewczęta, ktorych Sobótka nie znała za dobrze. Kawałek dalej, na granicy światła kołysała się rozmarzona Rzepicha, córka rolnika Gniewka i jego ukochanej żony, Czębiry. Ją babka Sobótka lubiła najbardziej – cicha, łagodna, delikatna dziewczyna, nieco wycofana z tej szalonej, przepełnionej potem, ogniem i muzyką świętojańskiej nocy. Niedbały, szeroko rozpostarty wieniec z polnych kwiatów unosił się nad jej głową jak mała chmurka.

Dziewczyna chłopca szukała
wianeczek piękny uwiła
i w zimną wodę rzuciła…

Zbliżała się powoli północ, a zza ściany lasu słuchać było głębokie pohukiwanie sów. Rytm wygrywany przez bębny powoli zwalniał, a otaczający ogień krąg dziewcząt przerzedzał się. Jedna za drugą ruszały pomiędzy drzewa, w stronę niedalekiego brzegu jeziora. Sobótka mogłaby przysiąc, że swoimi starymi oczami widzi w półmroku przemykające się w stronę szuwarów postacie. Do jej uszu dotarły stłumione, męskie śmiechy i przepychanki. Jej serce szarpnęło się, pełne nadziei. Wstała i ruszyła w stronę brzegu, na tyle szybko, na ile pozwalały jej spuchnięte nogi. Musi jak najszybciej puścić swój wianek ze stokrotek na wodę. On zaraz tu będzie. Obiecał, że spotkają się w następną sobótkę, przyjdzie. Widocznie wcześniej coś go zatrzymywało, ale teraz pewnie z innymi chłopcami kryje się w szuwarach wypatrując wśród mroku swojej wybranki.

Gdzie mój kochany, a gdzie?
Czy przyjdzie do mnie czy nie?
Wołanie usłysz me…

Dziewczęta zapalały świecę i kolejne wianki ruszały w mrok. Kiedy oddaliły się na tyle, że zdobycie ich było wyzwaniem, plusk wody obwieścił początek polowania. Dziewczęta śmiały się, stłoczone w gromadkę – jedne nerwowo, z wyczekiwaniem, wypatrując kto też wyłowi ich wieniec, inne – spokojnie, umówione z lubymi wcześniej. Tu i uwdzie, wśród plusków i stłumionych przekleństw wywiązywały się małe walki o wieńce co piękniejszych panien, lecz już, już pierwsi kawalerowie wychodzili z kwiatami z wody, przemoczeni od stóp do głów, lecz zwycięzcy. Wianuszek złotowłosej Bartniczanki wyłowił czarnowłosy Przemysł, już szedł w jej kierunku błyskając w ciemności uśmiechem. Ciężki, różany wieniec Hanki w mig się utopił, ale filował na niego wysoki Strzebor, który wyłowił go natychmiast i, wyszedłszy z jeziora, porwał roześmianą dziewczynę na ręce i poniósł w las. Biegnąc, potrącił i niemal przewrócił babkę Sobótkę, powoli kuśtykającą w stronę wody. Gdy puściła i swój wieniec i stokrotki powędrowały w noc, niemal zatopili je szarpiący się na mieliźnie o chabrowy wieniec Bogny wysoki, żylasty kołodziej Bożymir i Gnierad – niski, lecz krępy i silny syn kowala. Kolejni i kolejni młodzieńcy wychodzili z wody, kolejne pary znikały znad brzegu, a i dziewczęta, którym w tym roku sie nie poszczęściło zbierały się w gromadki i wracały do ogniska, by tańczyć do białego rana. Tej nocy nikt nie powrócił do domu.

W końcu brzeg opustoszał całkowicie. Została na nim tylko babka Sobótka, patrząca pustym wzrokiem w swój wieniec kołyszący się coraz dalej i dalej. Westchnęła i ruszyła jego śladem. Woda była przyjemnie chłodna po dniu letniej spiekoty. Gdy sięgnęła jej do kolan, zadrżała, odezwał się w nich ból, ale szła dalej. W Noc Świętojańską jezioro uzdrawia. Zanurzyła się z głową, przewróciła na plecy i jęła wpatrywać w rozgwieżdżone, odległe niebo. Z oddali słyszała dziewczęce śpiewy znad ogniska. Jej niezgrabne, stare ciało w wodzie stało się zupełnie lekkie. Zostawiła je w wodzie. Nie będzie jej już więcej potrzebne. Przepiękna, złotowłosa dziewczyna wyszła na brzeg. Cała jej szczupła sylwetka ociekała wodą, a skóra w zetknięciu z zimnym powietrzem nocnym, pokryła się gęsią skórką. Podniosła głowę z uśmiechem i puściła się biegiem w ramiona Sieciecha, który czekał na nią na skraju lasu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s