„Wszyscy patrzyli, nikt nie widział”, czyli karty w dłoń, szulerze!

Chodzę sobie po Warszawskich Targach Książki, chodzę. Latam jak mucha od stoiska do stoiska, tu się obślinię, tam się obślinię. W końcu zawiało mnie na stoisko Sine Qua Non, mojego najpierwszego współpracownika, który nadzieje swe w blogu pokładł, jak jeszcze Inkoholiczka była łysym i bezzębnym internetowym noworodkiem. Podchodzę, dzień dobry, dzień dobry, ja pani taka i taka, co tam słychać, jak żyjecie. I tak od słowa do słowa przemiły brodaty Sinekłanonowy Pan uzmysłowił mi, że w swojej wiedźmińskiej duszy dopuściłam się haniebnego zaniedbania i pominęłam pewną ważną premierę – „Wszyscy patrzyli, nikt nie widział” Tomasza Marchewki. (Tego samego Marchewki, który w scenariuszu growym swe pisarskie paluszki był maczał). Panie, mówię, z nieba mię pan spadłeś, ja to muszę jak najszybciej nadrobić! A on HOPS do półki i oto w rękach mych się znalazło takie przemiło chropawe cudo:

19511200_1402227413199877_1383675697864859462_n

Panautor z pewnością pisać umie, bo do scenariuszy łebskim trzeba być, a ten wiedźmiński jest jednym z najlepszych growych wszechczasów. Odchylam okładkę, na zdjęcie patrzę…

tomasz-marchewka

… Łopanie, what a viking. Na tym recenzję można by w sumie zakończyć. W ostatniej chwili przypomniałam sobie jednak, że mam już za sobą taki jeden zachwyt nad autorem (nie był jakiś szczególnie w inkoholiczym typie, ale był podobny do Baelisha 😀 ) i jak to się skończyło? Źle to się skończyło. Otarłam więc pot z czoła, który był na nie wystąpił, powachlowałam się książką i jęłam studiować blurp. Trzech łotrzyków, Miasto Szulerów, papierochy, wóda, kobiety, karty, brzmi nieźle.

Jeżeli boisz się ryzykować, nawet nie siadaj do gry. Hausenberg to miasto, które nie ma litości dla słabych. Sposobów, żeby cię przerobić, jest wiele: kieszonkostwo, obijana albo stara dobra szulerka. Lecz jeśli jesteś charakterny i nie boisz się grać o wysokie stawki, będziesz zachwycony!

Z kartami to ja miałam do czynienia w swoim życiu nieraz <robi minę wielkiego szulera>, grało się, oj grało <w wojnę, remika, oszusta i Piotrusia>. Błyskotliwą karierę uniemożliwiła mi jednak całkowita nieumiejętność blefowania. Mimo wszystko radosne popiskiwanie jak się ma silne karty i dramatyczne opadanie na krześle jak słabe to się nie sprawdza. Kwiczenie ze śmiechu jak przeciwnikowi przypadkiem się nie uda też średnio poprawiało sytuację. Zarzuciłam więc treningi i wzięłam się za czytanie, to mi wychodzi lepiej.

big_thumb_b5def4063926d39d2a6db7e7bfe4ad58

Całkiem przyjemna książka. Dobre łotrzykostwo jest zawsze w cenie, bo przyciężkawi, płaskawi bohaterowie zamieszkują już niejedną książkę. Bartek Czartoryski napisał był, że „do lektury siadał jako gracz, ale wstał od niej jako czytelnik” – podpisuję się pod tym zdaniem wszystkimi ręcami, nogami i piórami, myślę, że nie jestem jedyna. Poza przystawką z okładkowego trio, barwnego jak ptak jaki rajski, Autor serwuje także sam Hausenberg jako danie główne. Miasto dziwne, zawieszone gdzieś pomiędzy jawą a snem, pomiędzy fantasy a realnością, w pół drogi do Grimm City. Surowe miasto Ludzi Nocy rządzące się im tylko znanymi prawami, w którym ceni się tylko dobrych złodziei, szulerów, zabójców… I ludzi sztuki, co ciekawe. Sama gra w karty urasta w nim do rangi religii niemalże. Podoba mi się, że Autor tak osnuł wokół niej całą fabułę i nawet formę powieści, nawet jej strukturę, nawet ukrytą wewnątrz niej pyszną zagadkę. Bo w gruncie rzeczy w każdej walce nie walczysz z przeciwnikiem tylko z sobą samym. To Ty siedzisz po drugiej stronie karcianego stołu, to Ty patrzysz na siebie znad gardy, znad rękawic bokserskich, to Ty celujesz w siebie mieczem, to Ty dałeś się obrazić. Hausenberg nie wybacza błędów, tutaj każdy dzień jest walką o przetrwanie.

Marchewka patrzy badawczo na czytelnika gładząc swą bujną brodę, jakby szacował jego przydatność w Hausenbergowym świecie, po czym bez najmniejszego ostrzeżenia łapie go za chabety i wrzuca w samiutki środek niewąskiej kabały. Czytelnik lata jak oszalały z pałą albo inną maczetą z całą resztą złodziejsko-szulerskiej braci w całkowitym amoku. Nie wie co się dzieje, ale cholernie mu się podoba. Potem, jak zaczyna coś się kolwiek orientować w akcji, angażuje się całym sercem, najbardziej brawurowo oszukuje, najgłośniej śpiewa, wznosi najlubieżniejsze toasty, a na premierze baletowej klaszcze nagłośniej. A potem, gdy książka kończy się gwałtownie on wypada z rozpędem z tych kartek i, wyrżnąwszy głową o futrynę, zostaje taki zupełnie nieotrząśnięty, zdezorientowany i… zachwycony.

wszyscy-patrzyli-nik-nie-widziac582-640x321

PS – A w tym groźnym świecie są i piękne momenty. Takie jak na przykład ten :3

Po więcej Pigułek Literackich zajrzyjcie do Audioholiczki. 😉


Źródła grafik: 123

„Miasto Szulerów Tom 1: Wszyscy patrzyli, nikt nie widział”, Tomasz Marchewka, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków, 2017 r.

Fragment książki możecie przeczytać tutaj.

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non.
firm_200943_630cde_big

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s