„Artemis”, czyli Mary-Sue baluje na Księżycu

Widzicie to nazwisko na okładce i przed oczami staje Wam prawdopodobnie nie kto inny jak osamotniony Matt Damon sadzący ziemniaki na marsjańskim pustkowiu. Przyznam szczerze, że książki „Marsjanin” nie czytałam, jakoś ten szał dopadł mnie dopiero przy ekranizacji. Całkiem mi się podobała ta historyjka, całkiem przyjemna poza paroma bublami, które nawet ktoś z takim debetem wykształcenia fizycznego dojrzał. Jak rzecz ma się z przepięknookładkową „Artemis”? Otóż uczucia mam ogromnie ambiwalentne.

25348760_1549752321780718_289834985034979046_n

Dwudziestokilkuletnia Jazz marzy o życiu pełnym przygód i dostatków, ale musi pogodzić się z rzeczywistością małego prowincjonalnego miasteczka. Nawet bardzo prowincjonalnego, bo na Księżycu. Dobrze żyje się tam właściwie tylko turystom i ekscentrycznym miliarderom, a tak się składa, że Jazz nie należy do żadnej z tych kategorii. Ma nudną, nisko płatną pracę i sporo długów do spłacenia, nic więc dziwnego, że dorabia drobnym przemytem. Nic dziwnego, że kiedy pojawia się okazja zarobienia naprawdę wielkich pieniędzy, nie waha się ani chwili. Tym, że misterny plan oznacza konieczność wejścia na ścieżkę przestępstwa, nie przejmuje się ani przez chwilę. Prawdziwe problemy pojawiają się wtedy, kiedy okazuje się, że plan ma drugie i trzecie dno oraz że Jazz dała się wplątać w gigantyczną aferę o potencjalnie katastrofalnych konsekwencjach.

Brzmi całkiem nieźle, prawda? I powiem Wam, że klimat jest naprawdę (ha-ha) NIEZIEMSKI. I ów klimat i pomysł to była absolutnie silna i zasługująca na ogromny plus strona książki. Wciągnął mnie ten księżycowy świat, wessał jak próżnia do tego stopnia, że nie chciałam książki ani na moment odłożyć aż do ostatnich stron. To jest chyba właśnie jakiś dar, który ma Weir jako twórca – ta pomysłowość. Do przygód Damona na papierze jak mówiłam nie dotarłam, ale odmówić im polotu nie można – podobnie jak Artemis. Bardzo lubię takie science-fiction, jak ja to nazywam, „tuż za rogiem”. Tuż za rogiem, czyli – w ciągu nawet najbliższych paru lat takie coś mogłoby realnie się wydarzyć, takie zmiany mogłoby zajść i – kto wie – może ich dożyję? Taka realność, bliskość codzienności Czytelnika sprawia, że wrażenia z lektury wchodzą na nowy poziom, traktuje je się o wiele poważniej. Takie uczucie towarzyszyło mi ostatnio na przykład przy czytaniu „Różańca” Kosika – też takie tuż-tuż-za-chwilę-już.

the-moon-city-1024x547

Ale. Ale. Jest jedno ale. A właściwie 3x „ale” i wszystkie ale podają nam jak na tacy w dalszej części blurpu.

Bohaterka, której nie da się nie polubić. Intryga, wobec której nie sposób pozostać obojętnym. (…) Poczucie humoru, którego na próżno szukać w innych książkach.

Otóż. Sytuacja wygląda następująco. Bohaterki jak najbardziej da się nie polubić. Wobec intrygi dość łatwo jest pozostać zupełnie obojętnym. A poczucia humoru może faktycznie na próżno szukać w innych książkach, ale to akurat raczej dobrze, bo jest wyjątkowo niskich lotów.

Jazz ma tyle cech typowej Mary-Sue z internetowych opowiadań nastolatek, że co rusz zerkałam na stopkę, żeby się upewnić czy to nie przypadkiem jakiś fanfik wyrokiem przebiegłego prankstera wydany dla niepoznaki jako książka. Piękna, młoda, zdolna, wszyscy na nią lecą, typowa bad-girl-gangsterka, niby biedna ale z buciorami na stół wchodzi do prezydentów wszechświatów i milionerów i oni jej jeszcze kawę proponują, a swoim rozwiązłym życiem seksualnym chwali się więcej niż nadęty biznesmen-narcyz, co to której-to-on-nie-miał (i równie wiele ma to wspólnego z rzeczywistością). Irytująca. Naciągana. Po prostu.

A co do intrygi… Nie chcę powiedzieć wiele, żeby Wam nie zaspojlerować czegoś, na czym oparty jest praktycznie cały plot. Dość powiedzieć będzie, że zgubiłam się w połowie kiedy logika została spuszczona w księżycowej toalecie, ale zupełnie nie przeszkodziło mi to czytać dalej i bawić się świetnie wyżej wymienionym klimatem. Bo mnie naprawdę, g… guzik obchodziło jak to się skończy. 😀

Także tak. Cóż mam rzec? Przekonajcie się sami. Bo mnie na dwie strony ciągnie. Jak końmi! 😉

 


Źródła grafik: , 2
„Artemis”, Andy Weir, tłum. Radosław Madejski, Wydawnictwo Akurat (Muza S.A.), 2017

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Akurat oraz portalowi Business&Culture.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s