„अन्नपूर्णा Annapurna”, czyli wyprawa oczami himalaisty

Nigdy nie byłam szczególnie zainteresowana tematyką alpinizmu czy himalaizmu – ot, po prostu wiedziałam, że coś takiego istnieje. Po górach lubię chodzić, ale równie mocno po lesie, nad morzem, czy gdziekolwiek indziej, gdzie jest natura. Tym bardziej byłam sama zaskoczona swoją reakcją na sprawę Tomka Mackiewicza – autentycznie, jak nigdy do tej pory żadne tego typu relacje niewiele mnie obchodziły, tak wtedy czułam się bardzo dotknięta, zaangażowana, jakby chodziło o kogoś kogo znam. Sprawa skończyła się jak się skończyła, a ja daleka jestem od wypowiadania się na jej temat – bo po prostu zupełnie się na tym temacie nie znam. Ale zainteresował mnie, nie powiem. Postanowiłam dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat i właśnie wtedy wpadła mi w ręce „Annapurna”.

28157643_1794278094211907_9148783251085590528_n

Na początek odrobinka historii i geografii – skrócony kursik dla liceum wieczorowego bądź himalaistycznego laika takiego jak ja. Annapurna to dziesiąta co do wysokości góra świata, która piętrzy się dumnie nad Nepalem. Jej imię po sanskrycku oznacza „Żywicielka” (po lekturze książki wydaje mi się to nieco ironiczne, ale o tym potym). Tak naprawdę to nie pojedyncza góra, jak jakiś monstrualny Kopiec Kościuszki (śmiejcie się ze mnie, ale tak właśnie wyobrażałam sobie do tej pory zdobywaną górę), ale 55 kilometrowej długości masyw obfitujący w przeszło 16 szczytów na różnych wysokościach. I to właśnie owa Żywicielka była pierwszym zdobyty przez człowieka ośmiotysięcznikiem, co robi wrażenie, bo do tej pory jest uważana za bardzo niebezpieczną górę właśnie ze względu na ową rozległość masywu. Przy okazji – pogoda wokół niej bywa bardzo kapryśna, a sama góra obfituje w liczne lawiny – w związku z czym himalaiści mogą zostać zwyczajnie uwięzieni na jednym z etapów i pozbawieni możliwości powrotu do bazy. Z ciekawostek – jakby tego było mało, Annapurna szczyci się również najwyższym na świecie, prawie pięciokilometrowym urwiskiem, zostawiając w tyle nawet osławioną ścianę Nangi Parbat. A teraz spójrzcie jej w oczy i zadrżyjcie.

annapurna-circuit-trek-15-days-tour-2-28727_1516343646

Maurice Herzog, autor, był kierownikiem pierwszej wyprawy, którą w 1950 (!) roku Żywicielka łaskawie zignorowała na tyle, by pozwolić jej wejść na swój szczyt. Następne zdobycie udało się dopiero 20 lat później… Nie ma żartów – nawet w tej chwili Annapurna ma śmiertelność rzędu 38% – to najwyższa na świecie. Okrutna to piękność.

 

 

Powiem Wam tak – zrobiła na mnie wrażenie nie tyle książka, co sama ta historia. Kiedy za pisanie bierze się osoba, która pisarzem nie jest, staram się nie zwracać uwagi na formę, sposób narracji i inne tego typu rzeczy – bo tutaj sprawa rozbija się o coś zupełnie innego. Podchodzę do stron jak do człowieka, który ma mi co opowiedzenia coś ważnego, prawdziwego, coś, co jemu się przytrafiło i nie chce zostawiać tego dla siebie. Dlatego powiem Wam, że ta rozmowa z Herzogiem uświadomiła mi kilka rzeczy.

Taka wyprawa zaczyna się miesiące, a nawet lata wcześniej. A nie w momencie stanięcia u podnóża góry, jak do tej pory myślałam. Praca, przygotowania, pieniądze, wzajemna pomoc, sponsorzy, pozwolenia, sprzęt, przewodnicy… Herzog nie opisywał wszystkiego, ale bez problemu poczułam w gardle gorycz „a co jeśli nie zdobędą tej góry? To wszystko pójdzie na marne?”. Tak, pójdzie. Nieudana wyprawa też kosztuje i też może rzucić w objęcia śmierci.

Praca zespołowa i cierpliwość to podstawa. Do tej pory myślałam, że wchodzenie na górę to takie po prostu iście do przodu z obozami co jakiś czas. Tak naprawdę to logistycznie ciężka do przeprowadzenia operacja, w której kierownik wyprawy operuje naraz wieloma grupami, które próbują, badają, chodzą na zwiad, jedne się aklimatyzują, inne są nieco niżej… Wtedy gdy nawet jeden uczestnik wyprawy zdobędzie szczyt – zdobędą go wszyscy. Herzog wpuścił nas, laików, w bardzo surowy świat kierujący się konkretnymi, twardymi zasadami i pełen fachowej terminologii, za którymi czasem wprost nie nadążałam – ciężko było dotrzymać kroku himalaistom.

Opis wejścia na szczyt był piękny. Ale zupełnie inny niż się spodziewałam. Czułam się tak, jakby te emocje i przeżycia nie miały nigdy opuścić zdobywców. Jakby były prezentem od Annapurny dla nich i tylko dla nich, jakby jednocześnie zamknęła im usta na opowieści innym – ciii. To tylko dla was, Moi. A potem zszokowała mnie pewna rzecz – jest opis wejścia na szczyt… A jesteśmy około połowy książki. 

„Po zwycięstwie zaczyna się droga krzyżowa” – to nagłówek jednego z francuskich artykułów na temat wyprawy, który trafia w punkt i zwraca moją uwagę na coś, o czym nie myślałam. W mojej głowie zdobywanie góry kończy się na… zdobyciu góry. Po prostu, postawił nogę na szczycie, wbił chorągiewkę, zrobił zdjęcie i… No co… No teraz to zejść już tylko. No i właśnie –  owo „zejść już tylko” okazuje się zdecydowanie najniebezpieczniejszą częścią wyprawy. W przypadku ekipy Herzoga najwięcej sytuacji z bezpośrednim zagrożeniem życia na pierwszym planie wydarzyło się właśnie na tym etapie. Kostucha na hakach towarzyszyła ekipie bardzo blisko od czasu do czasu trącając kosą drażliwą boginię Annapurnę. To mnie naprawdę przeraziło.

Alpinizm i himalaizm istniał przed Mount Everestem. I Mount Everest to dużo, ale nie wszystko.

Nie mam prawa oceniać himalaistów. Każdy z nas jest odpowiedzialny za swoje życie i wybiera taką ścieżkę, jaką uważa za słuszną – tak samo jak oni. Sam Herzog wyprawę skończył z ślepotą śnieżną i uboższy o kilkanaście palców – ale cieszył się, bo zanosiło się, że będzie dużo gorzej, że nigdy już nie pójdzie w góry. Dlaczego oni tak na to patrzą? Nie mam pojęcia, ale jakiś powód i to całkiem silny z pewnością jest. Nigdy nie byłam na szczycie. Nie stałam na brzegu dachu świata i nie mam pojęcia co czuje człowiek stojąc tam. Ale to musi być coś niewysłowienie niesamowitego, skoro tak ciągnie do siebie ludzi.

 


Źródła grafik: 123

„Annapurna”, Maurice Herzog, tłum. Rafał Unrug, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa, 2018

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Marginesy.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “„अन्नपूर्णा Annapurna”, czyli wyprawa oczami himalaisty

  1. Groza fascynuje. Podobno tak bardzo podziwiamy góry i morze dlatego, że wywołują w nas lęk. Dzięki za ten tekst, Inko! Chyba sama także poczytam coś o himalaistach – zachęciłaś 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s