„Ułuda”, czyli psychodeliczny trip po Indiach

Nie byłam nigdy typem szczególnie w Indiach zafascynowanym – dobrze wiecie, że to raczej Północ leży w kręgu moich zainteresowań. Drogi literackie różnie jednak czytelnika wiodą (czytaj: obok stoiska Świata Książki na tegorocznych WTK), różnych ludzi ciekawych człowiek na drodze swej spotyka (czytaj: Kubę i Agnieszkę – dzięki!). I tak oto znalazłam się w samym środku „Ułudy”, której premiera zbliża się wielkimi krokami – już 20 czerwca, za kilka dni dosłownie. Zanim zacznę opowiadać, radzę ustawić się w blokach startowych w pozycji ready – tak asekuracyjnie, żebyście mieli dobry wylot do księgarni, jak już skończycie czytać! 😉 Bo będzie za czym biec!

ułuda tło

Wszystko wydarzyło się naprawdę – zapewnia Mat, który został poproszony przez swoją ciężko chorą przyjaciółkę Igę, aby dopilnował kremacji jej ciała, a prochy rozsypał w świętym miejscu w Indiach.
Mat wyrusza w podróż, poznaje niezwykłych ludzi, poszukuje, jest coraz bardziej uwikłany w grę czasu, ale i przestrzeń egzotycznego i tajemniczego Orientu. Nie spodziewa się, jak bardzo go to zmieni.
Ułuda to powieść drogi, opowieść o iluzji doświadczanej w życiu, o przemijaniu i o śmierci, która nie jest końcem, ale przejściem prowadzącym do nowego. Życie bohatera wydaje się snem. Może jest niekończącą się wędrówką… Ułudą?

Może jest, może nie jest. Nie wiem. I właśnie to „nie wiem” towarzyszy prawdopodobnie każdemu człowiekowi, który na momencik – specjalnie lub przez przypadek – wypadnie ze swojej codziennej karuzeli życia i zada sobie to niewygodne, lodowatym zimnem ciążące w piersi pytanie: po co jestem? Zanim przeczytałam książkę, zastanowiło mnie już co sam autor mówi o sobie, że „jego autorytety duchowe to Budda i Jezus, kocha ciepło i lato, choć dwadzieścia jeden razy na dobę myśli o śmierci”. Ową  śmierć, jej obecność bardzo mocno czuć w każdym akapicie powieści – ale z pewnością nie jest to nic strasznego. W „Ułudzie” czasy, wymiary i światy przenikają się, mienią, łączą, splatają i rozchodzą niezauważalnie. Falują jak drżące powietrze w upalny dzień, aż w pewnym momencie wraz z bohaterem orientujesz się, że nie masz pojęcia gdzie się znajdujesz, co jest prawdą, a co nie… I w gruncie rzeczy nie ma to większego znaczenia. Nie boisz się wtedy niczego, a śmierć zaczynasz widzieć jako kolejną bramę, przez którą musisz przejść, kolejną zmianę, transformację, w które przecież obfituje życie człowieka. Nic więcej…

„Są takie chwile w życiu człowieka i takie spojrzenia, których się nigdy nie zapomina, które zabiera się ze sobą na zawsze, niesie wszędzie, zasypia się i budzi z nimi, by w końcu zabrać je Tam. Te chwile, kiedy kochaliśmy, kiedy nas kochano, kiedy niewyobrażalnie mocno czuliśmy pokrewieństwo duszy, umiłowanie podobnego, zawsze będzie można przywołać, wyczarować w dowolnym momencie i w ich objęciach znaleźć ukojenie, gdy nie będzie już przy nas mamy, taty, ukochanego ani nikogo. Te chwile już na zawsze pozostaną dla nas obietnicą Tajemnicy, u bramy której prędzej czy później stawimy się wszyscy.”

Swoją drogą ciekawe zestawienie – Budda i Jezus. Na początek mnie to dźgnęło – no bo jak to, zestawiać buddyzm z chrześcijaństwem, przecież to dwie zupełnie odmienne nawet w swoich założeniach religie… Teraz jednak, po przeczytaniu książki, już nieco lepiej rozumiem co łączy te dwie postaci. Zawsze fascynowali mnie buddyści – nie w aspekcie konwersji oczywiście, a tak, że tak powiem, zwyczajnie ciekawościowo. Oni są tacy pogodni, rozświetleni wewnętrznym spokojem, oczy świecą im się takim blaskiem, jakby każdy z nich nosił w sobie małe słońce. To przybliżenie ich stylu życia w połączeniu z naprawdę spektakularnym przedstawieniem świata Indii sprawiło, że zamykając okładkę z drugiej strony czułam się, jakbym faktycznie właśnie powróciła z podróży. Palił mnie skwar indyjskiego słońca, doświadczyłam całej feeri barw orientalnego świata, czułam zapach papai i ostrych przypraw, widziałam Himalaje, odwiedziłam buddyjski klasztor w górach… Cały ten świat mieni mi się w oczach jak w kalejdoskopie do tej pory i gdy oglądam zdjęcia stamtąd mam wrażenie, jakbym naprawdę tam kiedyś była. No jeśli to nie świadczy o niezwykłym warsztacie autora, to nie wiem co świadczy!

„Ułuda” to zdecydowanie jedna z tych książek, po skończeniu których siedzisz jeszcze przez kilka minut w miejscu i nie możesz się pozbierać (u mnie objawiło się to złapaniem się za głowę, kiwaniem na boki i kwikiem: COOOOOOOOOOO?!). Potrafi zaskoczyć. Przesmaczna uczta, aż ostra od orientalnych przypraw.

 


Źródła grafik: 12

„Ułuda”, Artur Cieślar, Wydawnictwo Świat Książki, premiera: 20.06.2018

Za dostęp do książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.

logo_swiat_ksiazki-1140x489

Reklamy

4 uwagi do wpisu “„Ułuda”, czyli psychodeliczny trip po Indiach

  1. Ok, ale uchyl trochę o czym jest ta książka, ma jakieś ilustracje, zdjęcia, to podróż, opis przeżyć, czy filozofowanie ? Okładka jak plakat wyborczy z 1989 roku. 🙂

    Polubienie

  2. Bajdełej, coś mi nie dawało spokoju po przeczytaniu tego tekstu. Teraz już wiem co, to ten TRIP. Nie chcę szanownej autorki namawiać na psychodeliczną wędrówkę po polszczyźnie, ale polecam. Ja już zasnę teraz spokojnie i hepi. 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s