Smacznego barteru, czyli po cholerę blogerowi zarobek?

Ostrzymy kosy, podkładamy drewienka pod stosik i ustawiamy się w dwuszeregu gotowi do roastu, ponieważ oto nadchodzi chyba najbardziej drażliwy ze wszystkich tematów, jakie może bloger poruszyć – temat <ogląda się za siebie 3 razy, odpukuje w niemalowane, pluje przez lewe ramię, i okręca się trzy razy przez prawe, po czym szepcze> ZARABIANIA PINIONŻKÓW.

nqjfqrw

Wpis powstaje po to, żeby jeden raz, porządnie wytłumaczyć Wam, Czytelnikom moim drogim miłościwie mi kibicującym od lat, o zmianach, ich celu i powodach, które na blogu w ostatnim czasie zaszły i zachodzą nadal. Słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzać 😀

Kiedyś, kiedy jeszcze nie popisywałam na Inko, kiedy miałam mleko pod nosem i byłam totalnym żółtodziobem, miałam w sobie bardzo silne poczucie misji – generalnie byłam jednym z tych internetowych irytujących stworzeń, które twierdzą, że ktoś tam „się sprzedał” bo coś tam zrobił dla firmy i generalnie wychodzę z zatrzaśnięciem drzwi. Mój blog będzie prawdziwie czysty, prawdziwie niewinny i bez skazy, nie utoczę na nim ani jednej, dodajmy, niegodziwej! złotówki. Bo przecież to, co tutaj robię jest moją pasją – więc jak mogłabym nadal zachować  w sobie chęć tworzenia dobrych treści, dzielenia się tym co kocham i bawić się w celbransa celebrytę? (Bo generalnie tak trochę się do dziś widzi zarabiających blogerów – mieszkają w złotych pałacach, zakały, podcierają się jedwabiem, a ich kot ma w kuwecie diamenty.)

I tak dryfowałam sobie w błogiej nieświadomości zupełnie beztrosko całymi latami – a tak się dzięki Bogu złożyło, że moje internetomiejsce nie zginęło w oceanie kodu zerojedynkowego, lecz rozśpiewana szalupa płynęła w najlepsze, a na dodatek w każdym porcie dosiadały się kolejne tabuny pasażerów, których witałam z otwartymi ramionami i śpiewem na ustach. Wiecie, w którym momencie przestałam kozaczyć? 😉 Kiedy, kurdebele, parę miesięcy temu zorientowałam się, że jedyną osobą wiosłującą na tej łodzi jestem ja i nic dziwnego, że jest mi coraz ciężej. Usiadłam wtedy na krzesełku, spojrzałam za okno wzrokiem człowieka, o którego upomniało się morze i zaczęłam liczyć, rachować i sumować ile tak naprawdę, szczerze, czasu i pieniędzy kosztuje mnie utrzymywanie Inkoholiczki. I wierzcie mi, że z aktywnego blogowania czasowo wychodzi robota na minimum – przy doskonałej organizacji – pół etatu, nie mówiąc o kosztach zupełnie finansowych, na które łoży się z własnej kieszeni. Ogarnęłam się wtedy, że zwyczajnie nie dam razy tak dłużej – bo nie był kwestią zarobek, a strata…

Wsparłam więc łepek na ręce i poczęłam kminić – tak dalej być nie mogło. Jakieś takie mam hobby dziwne, że lubię nie umierać z głodu, więc prędzej czy później (ale raczej prędzej) muszę podjąć regularną pracę i na dodatek (!) nie wydawać całej kasy na utrzymywanie bloga (sprzęt, dojazdy, wejściówki, książki, hosting, domena, utrzymanie strony, zlecenia informatyczne i cała masa innych rzeczy), ale na czynsz, prąd, jedzenie i inne głupie, zupełnie nikomu do niczego nie potrzebne rzeczy. Co więcej! Ta cała głupia praca zajmie mi CZAS, którego przecież do tej pory nie szczędziłam na blogowanie. To był właśnie ten moment, który mogliście zaobserwować w okolicy wakacji 2018 roku – wpisy ukazywały się z częstotliwością, jak dobrze poszło, jednego na miesiąc i były to kopie jakichś artykułów już gdzieś publikowanych, na mediach społecznościowych i pasmach współpracowych cisza. Dlaczego? Bo uznałam, że to po prostu nie ma sensu. Poszłam do pierwszej, drugiej, trzeciej pracy, a że na swoje nieszczęście dziennikarzowałam i ogarniałam PR&marketing w sieci firmom zobaczyłam, że niemalże wszystko, co robię dla bloga, ma swoją rubryczkę i wycenę w tych firmach. Przypomniał mi się wtedy tekst, który kiedyś słyszałam „kiedy ktoś mówi ci o powołaniu, po prostu nie chce ci zapłacić” – i zobaczyłam, że to jest, kurka siwa, szczera prawda i jakiś pieprzony paradoks. Bo dlaczego w jednym medium uważam pensję za coś totalnie godnego i sprawiedliwego (ba! jej brak byłby wykorzystywaniem!), a w drugim miałoby to niby przekreślać pasję i zacięcie? To są naprawdę te same czynności…

I wtedy dotarło do mnie, że aktywne blogowanie to praca jak każda inna. Po prostu – wymaga czasu, nakładu sił i energii, ma swoje koszty produkcji, ma swoją specyfikę, a i urlop naprawdę czasem się przyda, bo bycie 24/7 online jest dość męczące. I że mam tylko dwa wyjścia – albo biorę się ostro do roboty i zaczynam na tej stronie pracę, albo z żalem, ale stanowczo zamykam bloga i podpisuję umowę z jakąś miłą firemką, a prawie 1000 osób na Facebooku, 800 na Instagramie, setka obserwujących na WP i te kilkadziesiat codziennie, które tu wpada zapominają w jednej chwili, że ktoś taki jak Inkoholiczka istniał, pisał i coś kolwiek wnosił do Internetów.

Czy podjęłam dobrą decyzję? Nie wiem. Ale wiem, że teraz już się nie poddam 🙂

Teraz więc pytanie nie brzmi już „czy?” a „jak?”. Ale wszystko przed nami – jak najbardziej finezyjnie, jak najbardziej ze smakiem i jak najbardziej w temacie. Amen! 🙂

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s