Inkorecenzja: „Meekhan:Każde martwe marzenie” (NARESZCIE W MOICH ŁAPACH♥)

Nareszcie ją mam. Nareszcie w moich łapach. Nareszcie mogę znowu do MEEKHANU!

47581659_794118047606738_5435623528280947679_n.jpg

 Deana d’Kllean, niegdyś Pieśniarka Pamięci i mistrzyni miecza, a dziś rządząca pustynnym księstwem wybranka Boga Ognia, stoi na progu wojny. Powstanie niewolników, które wybuchło u południowych granic państwa, zatacza coraz szersze kręgi. Genno Laskolnyk wraz ze swoim czaardanem wolnych jeźdźców wpada w sam środek wojny. Czego szuka wśród niewolników, którzy postanowili zrzucić jarzmo krwawych panów? Tymczasem tysiące mil na północ Czerwone Szóstki trafiają na tajemnicę, która pochłonęła już niejedną ofiarę. Czy odwaga górali ocali im życie?

Meekhan spływa krwią i wydaje się, że nic już nie powstrzyma płomienia, który ogarnia Imperium.

„Opowieści z meekhańskiego pogranicza” Roberta M. Wegnera to barwny, epicki fresk, w którym splatają się losy pełnokrwistych postaci, a ludzkie dramaty sąsiadują z intrygami bogów i tajemnicami sprzed tysięcy lat. Bestsellerowy cykl docenili czytelnicy nie tylko w Polsce, ale i w Rosji, gdzie „Opowieści…” zdobyły nagrodę najlepszej fantasy roku.

Długo wyczekiwana odsłona najgłośniejszego polskiego fantasy ostatnich lat!

Długo, oj długo…

Jak bardzo piałam na punkcie całej serii nie jest już żadną tajemnicą (recenzje poprzednich części znajdziecie tutaj i tutaj, jeśli chcecie nadrobić). Najnowszą, piątą już część skończyłam czytać jakiś czas temu i zwlekałam, zwlekałam z recenzją, bo powiem szczerze, że mam uczucia ambiwalentne. Pamiętam, że kiedy Wegner gościł na Polconie w Lublinie w zeszłe wakacje, udało mi się być na spotkaniu autorskim z nim (skądinąd było to najbardziej nieprofesjonalnie prowadzone i najnudniejsze spotkanie na jakim byłam – i oczywiście nie chodzi mi o gościa. Pan autor szanowny powiedział wtedy zdanie, które mną bardzo wstrząsnęło, że po prostu pracuje (XD). Może będziecie zaskoczeni, że kogoś takie zdanie jeszcze w dzisiejszych czasach zaskakuje, natomiast jakoś żyłam w przeświadczeniu, że ktoś tak uzdolniony (no bo serio, Meekhan to jest poziom światowy), to za swoją pisaninę jest generalnie na rękach noszony i kawę pija w złotym kubeczku. Chciałabym, żeby tak było, w ogóle chciałabym, żeby generalnie nie trzeba było wcześniej umierać, żeby zostać docenionym w świecie sztuki 😀 natomiast prawna rzeczywistość jest inna, nie będę się nad tym rozwodzić, bo to dygresja i to na dodatek niezbyt miła.

Natomiast na początku, kiedy wgryzałam się po przerwie w Meekhan miałam dość duży problem. Czegoś mi tu ciągle brakowało, coś nie grało, coś zgrzytało, choć przedtem przypomniałam sobie całą skomplikowaną przecież całość za pomocą streszczenia przygotowanego przez wydawnictwo dla takich krótkopamięciowych łebków jak ja (możecie je pobrać tutaj). Coś było nie tak, nie w stylu, do którego przywykłam – ani wartkiej akcji, bo głównie gadają o wydarzeniach zamiast je wydarzać, ani błyskotliwych, skrzących się intelektem dialogów, które tak uwielbiałam, a ilość meekhanowych wiadomości do przetworzenia przeogromna. Na szczęście jednak ta sytuacja bardzo szybko się skończyła i ruszyła maszyna po szynach pędem, wskakując na stare dobre, znane i kochane tory. Zupełnie jakby sam pan Robert miał problem z powrotem do Meeknahu po tak długim czasie i potrzebował kilkunastu-kilkudziesięciu stron, żeby się wdrożyć 😀 Morał z tej historii jest taki – niestety, Wegner musi pisać więcej i z Meekhańskiego świata nie wychodzić wcale! ♥

Żarty żartami, dygresje dygresjami, jednak lekturę piątej części cyklu uważam za niezwykle udaną. Zastanawiałam się, w jaką stronę pójdzie tym razem autor – czyli, krótko mówiąc, czy wróci do formy opowiadań, gdzie umiejscowi akcję i kto tu kogo tym razem spotka 😉 Pod tym względem książka najbardziej przypomina mi czwórkę – utrzymana jest forma opowieści, łączą się i przeplatają już niemalże wszystkie wątki, w końcu mamy do czynienia z pełniutkim, wypasionym crossoverem łączącym cztery strony świata, nastąpiła chwila, na którą wszyscy czekali! 😀 Nieciekawie jednak dzieje się w Meekhanie – wojenna zawierucha pochłania coraz większe tereny. To niedobra wiadomość dla mieszkańców Imperium, ale dla nas, Czytelników wprost znakomita – bo to oznacza, że opisów batalistycznych nie zabraknie (a opisy batalistyczne to jest coś, czego nienawidziłam i hejciłam dopóki nie napotkałam na drodze Meekhanu – nawet mój do bólu babski mózg, któremu wystarczy zwykle zdanie „bronili się dziewięć długich dni, lecz w końcu twierdza padła”). Wegner potrafi rozkochać zarówno w scenach, w których trup ściele się gęsto, a strugi krwi leją się szerokim strumieniem na spieczoną ziemię, jak i w tych, gdzie bohater wędruje przez ciche, lodowe pustkowie mając za towarzysza jedynie własne myśli i śnieg skrzypiący pod butami. Wiecie dlaczego? Dlatego, że zarówno „Każde martwe marzenie”, jak i wszystkie inne części serii są po prostu autentyczne. Prawdziwe. Barwne. Intensywne. I to właśnie w tej prozie cenię najbardziej – i bohaterowie i świat są tak realni, trójwymiarowi, że nawet przez chwilę, przez zdanie, przez akapit nie wątpi się w ich wiarygodność. Niezwykle trudna sztuka.

Wiem, Inkoholicy, pieję, ale co ja na to poradzę – nie zliczę ile razy polecałam tą serię komuś poszukującemu dobrej, polskiej serii fantasy. I będę polecać dalej, bo, nosz kuuurna, teraz już wszyscy jesteśmy Meekhańczykami!

47031148_218755709046129_5805942047392149329_n


Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Powergraph.

powergraph-logo

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s