Inkorelacja: Chiński Nowy Rok – medytacyjna magia w CSK

Paradoksalnie to właśnie tą chwilę tuż przed samym występem lubię najbardziej – ten szmer rozmów, to podekscytowanie, to pełne napięcia oczekiwanie na coś pięknego, co wydarzy się już-już za chwilkę. Sala Operowa Centrum Spotkania Kultur dostarczyła mi już wielu wrażeń – zaczynając od symfonicznego Accantusa parę lat temu, przez Biblię Audio, na Laibachu, Laboratorium Pieśni i Otavie w zeszłym roku kończąc. Była prawdziwym stołem dla spotykających się kultur – ktokolwiek wymyślił nazwę CSK wiedział co robi, bo rzadko trafia się tak wierna swojej idei instytucja. A jednak, mimo tych wszystkich wrażeń, nadal potrafi mnie zaskoczyć – tak jak Chińskim Nowym Rokiem przedwczoraj. ♥

48268911_10157577566768538_7787709927459389440_n

Misją tancerzy Bejijing Dance Academy jest stałe doskonalenie tańca oraz wspieranie interakcji pomiędzy chińskimi i zachodnimi kulturami, dlatego program tegorocznego spektaklu oparty będzie na pieśniach miłosnych, pochodzących z „Guo feng” – pierwszej z czterech części „Shi Jing” (Księgi Pieśni). Pieśni ludowe składające się na „Obyczaje państw” to niezależne historie, które choreografowie Pekińskiej Akademii Tańca połączyli w jednolitą całość.
Pozwala to widzowi poczuć się częścią chińskiego społeczeństwa, które pomimo pozornej odmienności i wewnętrznych sprzeczności jest wyjątkowo stałe w przekonaniach i pełne serdeczności do innych.
Taniec ten połączy starożytną poezję z nowoczesnymi poglądami, tworząc swój własny, globalnie zrozumiały, język ciała. 

Powiedzieć, że przeniosłam się do innej krainy to niedopowiedzenie – ja się do niej nie przeniosłam. Ja się stałam jej częścią, rozpłynęłam w niej, zmieniła mój kształt tak, że trudno było później wrócić do poprzedniej, sztywnej foremki codzienności. Uwielbiam ten moment, kiedy staję umysłowo zupełnie nago, bo bez żadnych oczekiwań przed obcą mi kulturą, której zasad nie znam i nie rozumiem. Ale nie muszę rozumieć, żeby dać się tej magii oczarować – język ciała w tej głębokiej, nieustalonej społeczeństwem, a wewnętrzną naturą człowieka części jest zupełnie uniwersalny. Na tej płaszczyźnie widz oferując artystom jedynie swoje skupienie, szacunek i otwartość, mógł czerpać z ich sztuki i chłonąć bez końca.

Przeczytajcie fragment tłumaczenia ich pieśni miłosnych:

A lass with nice and pretty look…
A lad would like to woo…
And there in the mid-water…
But the way was difficult and long…
But the way was difficult and steep…
But the way was hard and long…
He whom I love.

Blue blue your collar…
Sad sad my heart…
I walk the gate tower…
One day not seeing you is three months long, three seasons long, three years long…
Say not we haven’t hope…
If you think I’m telling lies, I’d swear by the Sun in the sky.

The peach tree is slender and sturdy…
Flaming red are its blossoms…
Luscious and abundant is its fruits…
Exuberant and green are its leaves…
The girl is getting married.

(…) My heart, you did understand…
Green’s my coat green…
a yellow your lining and a yellow your skirt…
Without an ending…
My sorrow is keen…
When will it stop to hurt? My pinig for you is keen.

A teraz wyobraźcie sobie coś tak delikatnego, poetyckiego i wyważonego w formie tańca. I to tańca nie byle jakiego – perfekcyjnego, ale nie sztywnego, lekkiego jak obłok i eterycznego. Pekińscy tancerze na półtorej godziny połączyli się w jeden, doskonale zsynchronizowany, idealnie działający mechanizm, falowali jak jedno ciało, a ich ruch, mowa ich ciał w połączeniu z muzyką sprawiała, że spektakl był doświadczeniem bliższym raczej medytacji w ogrodzie, niż szalonego show, do jakich my, żądni wrażeń ludzie zachodu przywykliśmy. Szczególnie rozbroił mnie moment samiutkiej końcówki, kiedy tancerze pokazali nam swoją „współczesną” twarz – zdałam sobie wtedy sprawę z tego, że Azjaci mają niezwykłą wprost umiejętność czerpania ze swojej tradycji, historii, dziedzictwa. My w Polsce wciąż miotamy się między wschodem a zachodem, między chorobliwym uwielbieniem a całkowitym odcięciem się. Oni za to czerpią delikatnie, z umiarem, rozważnie i w efekcie ich sztuka budzi w duszy pewną nieokreśloną tęsknotę,. Szarpiące uczucie. Niezidentyfikowaną potrzebę, jakby wołanie kogoś, o kim dawno zapomnieliśmy. Gdybym wierzyła w reinkarnację powiedziałabym, że to może echo naszych przyszłych lub przeszłych wcieleń…?

48085937_1489376207832506_26186608877240320_n

Niezwykłe doświadczenie. Jestem ogromnie wdzięczna ośrodkowi Rozdroża, że zorganizował ten bez wątpienie najpiękniejszy Sylwester (no bo to w końcu Nowy Rok, prawda? 😉 ) w historii Lublina.

A na koniec zostawię Was w temacie z przepięknym tańcem Jing Hong z „Empresses of the Palace”, który zauroczył mnie od pierwszego wejrzenia. Cieszcie się tym całym pięknem ze mną.


Źródło grafiki: facebookowe wydarzenie oraz strona Rozdroży

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s