10 zespołów, które rozwaliły scenę: Inne Brzmienia 2019

Każdy ma przynajmniej jednego bzika, fioła czy inną obsesję, na którą zapadł był głęboko i nazywa ją pasją. U mnie stadko tych stworzeń się zebrało całkiem pokaźne, a prym nim zdecydowanie wiedzie muzyka – skomplikowana, eklektyczna i ze wszech miar alternatywna, wiecznie poszukująca. Nie zdziwi was więc fakt, że jako Lubella z wyboru i urodzenia jestem całkowicie i nieodwołalnie zakochana w festiwalu Inne brzmienia. Wybuch miłości doń mogliście obserwować w ciągu ostatniego tygodnia storiesowy na inkoinstagramie, a zdjęciowy na Facebooku. Spamowałam bez litości i godności człowieczej zarówno zdjęciami, jak i bezczelnie wyłowionymi z miski w kąciku dziecięcym tatuażami, aż w końcu przyszło co do czego i mogę się z Wami podzielić tym po co tam naprawdę poszłam –  czyli porcją pierwszorzędnej, absolutnie przepysznej muzyki, która przesunie Wasze horyzonty o przynajmniej parę kilometrów.

Na początek jednak cofnijmy się odrobinę w czasie i zerknijmy na moje pierwsze Inne Brzmienia, na które trafiłam zupełnie przypadkiem, bez właściwie żadnych oczekiwań  – bo wiedziałam tylko jak festiwal się nazywa i właściwie nic więcej. Weszłam do Klubu Kestiwalowego (który jeszcze wtedy nie wiedziałam że nazywa się Klub Festiwalowy, tylko „dziwna scena pod namiotem”) i stanęłam sobie grzecznie z tyłu patrząc na rozstawiający się zespół. Owym zespołem okazali się być The Moulettes – jeszcze wtedy nie wiedziałam że zakocham się w nim doszczętnie i dozgonnie (do tej pory jest jednym z moich ulubionych).

Pamiętam, że wtedy zszokował mnie absolutnie poziom artystów, którzy przedstawiali swoją sztukę podczas tego festiwalu. Pomyślałam sobie wtedy „kurde, ja twierdzę że kocham Lublin, a nie miałam pojęcia, że coś takiej jakości i takiego światowego formatu ma miejsce w moim mieście”. Dokładnie w myśl tej zasady powiem Wam teraz: jeśli jeszcze nigdy nie odwiedziliście Innych Brzmień, to po prostu wstyd i następnym roku widzimy się tam na miejscu, stoicie pod sceną, ewentualnie siedzicie na pierwszym leżaku, a ja osobiście Was dopilnuje. Mogę Wam nawet przynieść program i obkleić Was naklejkami.

Festiwal jak to festiwal ma edycje gorsze i lepsze, bardziej dla fanów jazzu lub bardziej dla fanów cięższych brzmień, każda z nich jest inna. Mają na to wpływ rozmaite czynniki – choćby sama grupa organizatorska, dostępność artystów, myśl przewodnia i tak dalej. Jednakowoż tegoroczną edycję  uważam za absolutnie jedną z najlepszych. Na pochwałę zasługują jak leci – od dość dużego przekroju stylistycznego zaproszonych artystów przez świetną jak zwykle atmosferę po zadbanie o nawet takie najdrobniejsze detale jak spójna koncepcja wystroju, leżaki czy upominki dla uczestników.

A skoro już jesteśmy przy atmosferze – Inne Brzmienia mają w sobie coś, co cechuje prawie wszystkie organizowane w Lublinie eventy, festiwale, koncerty i tak dalej. Chodzi mi mianowicie o totalną różnorodność – właściwie za każdym razem wśród publiczności widzę przekrój wiekowy od zera do stu lat. Nie przesadzam – zobaczycie tam rodziny z dziećmi, nastolatków z okolicznych szkół, studentów, emerytów. Nie wiem jak to się dzieje, że w dobie tak sprofilowanych usług udało się zachować tą piękną cechę. Może to jakaś biała magia miasta, nie wykluczam tej możliwości. Tak czy inaczej Inne Brzmienia od tej zasady nie są odstępstwem – co więcej, wychodzą jej naprzeciw organizując atrakcje (nie tylko muzyczne) dla każdego.

I ten sposób dochodzimy do trzonu dzisiejszego wpisu czyli dziesięciu zespołów które w tym roku zdecydowanie podbiły moje serce najmocniej, które zostaną w moich słuchawkach na długo (jeżeli nie na zawsze) i które zdecydowanie zasługują na Waszą uwagę – jakiej byście muzyki na codzień nie słuchali. Właśnie z takim podejściem spróbujcie ich muzyki… i z taką otwartością wpadajcie za rok 😌

 

65522276_2323883071034302_1106156758226698240_n

 

Shalosh – energetyczny jazz prosto z Izraela

Za każdym razem z IB wynoszę przynajmniej jeden zespół, który totalnie nie przystawał do moich dotychczasowych gustów a mimo to dał radę mnie w sobie rozkochać – i od takiegoż właśnie zespołu zacznę i tym razem. Nie jestem zupełnie duszyczką jazzową, poza kilkoma naprawdę najbardziej mainstreamowymi szlagierami nie znam tego nurtu zupełnie i do tej pory moje fale mózgowe znajdywały go jedynie męczącym. A już jak weszła improwizacja na saksofon albo nie daj Tucholski Borze fortepian – to już wysiadałam. Jednak trzech panów na scenie (zupełnie bez psa, za to z wyżej wymienionym groźnym fortepianem właśnie) odczarowało zupełnie moje spojrzenie na jazz. Jakimś cudem, nie wiem jakim – to chyba była magia, udało im się wciągnąć publiczność w swoją muzykę do tego stopnia, że w pewnym momencie aż ŚPIEWALIŚMY wszyscy razem równym głosem i byliśmy ich „podkładem” pod wariacje. Cudowne przeżycie i naprawdę otulający uszko jazzik.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Alexander Hacke & Danielle de Piccioto – pierwszy porządny trance

Pamiętacie mój niedawny reportaż o współczednych nomadach, duecie Lili i Totha z Tribal Baroque? Niezwykła fascynacja mnie ogarnia, kiedy natykam się na ludzi wiodący taki żywot – wolni jak ptaki, ale i tak samo dzicy. Artystycznie ma się rozumieć… Nic więc dziwnego, że Hacke&de Picciotto zahipnotyzowali mnie już odkąd ich stopy postawiły pierwsze kroki na scenie. A kiedy otworzyli usta popłynął z nich przepiękny, czysty i pierwotny trance. Od bębnów, śpiewu polifonicznego i tradycyjnych brzmień chociażby liry korbowej po zupełnie elektryczne, ostre brzmienia gitar. To to da się połączyć? Ano da jak widać i to ze znakomitym skutkiem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Brain Damage – kiedy dub przejmuje salę

… i kolejny taki przypadek, jak Shalosh. Raczej obcy był mi i dancehall, i reggae, i już z całą pewnością dub – dla niezorientowanych to taka technika przetrwarzania muzyki bardzo mocno eksponująca rytmiczną sekcję (bas i bębny). Jak bardzo eksponująca – o tym przekonałam się właściwie jakieś 5 minut po tym jak dubmaster Martin Nathan stanął za konsoletą. I już, nawet nie wiem kiedy nie siedziałam sobie spokojnie na leżaczku, tylko gibałam się w szalonym tłumie zebranym pod sceną (daję słowo, wyrósł tam w jakieś 10 sekund, to był rekord). Sam Martin to istna bestia sceniczna przeżywająca koncert równie mocno (a może i mocniej?) jak sama publiczność, dbał o interakcję, reagował żywo i nie dawał nam nawet chwili wytchnienia. Ale i nikt go o nią nie prosił 😉

 

 

 

Lee „Scratch” Perry – ikona reggae prosto z Jamajki

Jeśli ktoś miałby ubiegać się o miano gwiazdy tegorocznych Innych Brzmień, to tytuł ten z całą pewnością należy się właśnie jemu. Legendarny pionier reggae i całej masy pokrewnych gatunków stawiany w jednej linii z takimi artystami jak Bob Marley pochodzi z Jamajki i jej roziskrzoną energię przywiózł do Lublina nie roniąc po drodze ani kropli. Jako jednen z pierwszych muzyków tworzył remiksy – już teraz czujecie z jakiego kalibru ikoną mamy do czynienia?

 

 

 

 

Wreckmeister Harmonies – Mistrz i Małgorzata w wersji pastoral doom

I drugi duet a la Mistrz i Małgorzata. On – kompozytor JR Robinson, ona – multiinstrumentalistka Esther Shaw. Jeśli chodzi zaś o ich muzykę – przypomnijcie sobie bardzo wczesnych Pink Floydów, tych jeszcze dość ciężkich, dodajcie szczyptę noise’u i doom metalu i będziecie właściwie na miejscu. Ach, tegoroczne Inne Brzmienia zdecydowanie obfitowały w koncerty, w których muzyka była owszem, ważna – ale na pierwszy plan wysuwały się osobowości artystów, ich interakcje i atmosfera, którą wokół siebie roztaczali, która promieniowała na całą publiczność. Niezaprzeczalna zaleta kameralnych koncertów nie do uzyskania w żadnych innych warunkach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ministry – industrial metal z ostrym przekazem

Nooo, tych panów to przedstawiać nie trzeba chyba nikomu. Zarówno charyzmatyczny lider Al Jourgensen jak i równie energiczna reszta „ministrantów” 😉 pokazali co potrafią na swoim jedynym (!) polskim koncercie. Formacja założona w latach osiemdziesiątych w Chicago jest bezdyskusyjnie za prekursora industrial metalu i ikonę sceny alternatywnej. Jednak, jak to zwykle bywa w przypadku zespołów szczycących się mianem „alternatywny” – forma to nie wszystko, liczy się treść. Zespół nigdy nie przebierał w środkach wyrazu własnego zdania i poglądów, bezkompromisowo je deklarując. Nie ma dla nich tematów nie do poruszania i nie do „prześpiewnia”, Al trzyma rękę na pulsie – a owocem ich czujności są takie hity jak Twilight Zone:

 

 

 

 

 

 

 

Way Station – postrockowe preludium całego festiwalu

Zarówno ukraińskie jak i litewskie zespoły zawsze w lubelskich festiwalach mają swoje miejsce i ugruntowaną, powszechnie znaną i lubianą pozycję (w tym roku szczególnie tych drugich było zatrzęsienie z uwagi na Litewski Fokus, projekt organizowany w ramach obchodów rocznicy zawarcia Unii Lubelskiej). Way Station przypadło w udziale właściwie rozpocząć całe IB, bo byli pierwszymi artystami, których nogi postały na scenie klubu festiwalowego. Poradzili sobie jednak bardzo dobrze z jeszcze nie rozgrzaną, ale spragnioną wrażeń publicznością serwując wielowarstwowe, transowo-postrockowe kompozycje.

 

 

 

 

 

 

 

AK/DK – dwa miliony megawatów mocy

Dwa zestawy perkusyjne, dwóch kolesi i dwa miliony megawatów mocy, które zmiotły nas z nóg. Naprawdę, jeśli ktoś może równać się z Martinem z Brain Damage w roztańczeniu publiczności, to tylko oni. Synthowe brzmienia syntezatorów tworzące niepodrabialny klimat electro-disco, jednoczące tańczących w transie a jednocześnie niezwykle świeże – a wszystko to okraszone znakomitą interakcją, zabawą z publiką, wręcz drażnieniem się i manipulacjami bass-dropami. Do tej pory na samo wspomnienie tego koncertu rozsadza mnie energia 😀

 

 

 

 

 

 

Herbaliser – gdy muzyka klubowa napotyka progresję

Wspominając tegoroczne IB nie sposób nie wspomnieć i o fuzji funky, jazzu i hip hopu -czyli słowem The Herbaliserach. Jeśli wszechobecny na tym festiwalu przedrostek „post” sugerujący progresywność, awangardę i alternatywność, dodać do „muzyki klubowej” z całą pewnością wyszliby właśnie oni. Karierę brytyjskich zespołów na senie klubu festiwalowego obserwuję z tchem zapartem i oczekiwaniem zawsze wielkiem (od czasów wyżej wspomnianych moich ukochanych The Moulettes) – tym razem biegnie ona przez krainy jungle i trip-hopu:

 

 

 

♛ We Will Fail ♛ korona Innych Brzmień ♛

Kto czyta Inkobloga już od jakiegoś czasu ten wie, że zawsze na koniec zostawiam coś specjalnego. Nie inaczej było i tym razem, przed Państwem moje największe tegoroczne odkrycie i zdobywca korony ♛ Innobrzmieniowej – last but definitely not least We Will Fail, czyli Aleksandra Grünholz. Mówię Wam, ta kobieta zahipnotyzowała mnie i wgniotła w fotel, na którego dnie jako żałośnie przyklejona kupka zachwytu tkwię co teraz. Nie dała mnie nawet rady odskrobać obsługa festiwalu sprzątająca po koncercie. Musieli mnie wynieść z krzesłem i tak wróciłam do domu.
Wyszła na scenę skupiona, pochylona, jakby obok naszej rzeczywistości, orbitująca umysłem gdzieś nieopodal obłoku Oorta. Jestem prawie pewna, że to nie człowiek, tylko postać z cyberpunkowego opowiadania SciFi w klimacie vaporwave, króra w błyszczącym od neonów spływających deszczem Tokio ma swój własny rave’owy klub.

 

 

Ach, dzięki tym poleceniom jeszcze raz mogłam przeżyć te Wszystkie świetne chwile. Zostało mi już więc tylko jedno do powiedzenia, tym razem prosto do organizatorów Festiwalu.

Dziękujemy!

64301372_2323885754367367_696483566145503232_n


Zdjęcia pochodzą z materiałów prasowych festiwalu Wschód Kultury Inne Brzmienia.
52755237_2609510862398495_677233127587840000_n

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s