Recenzja: „Wyspa” – sztuka niedopowiedzeń w miłości

Na wyspie na północy Europy mężczyzna spotyka kobietę. I zaczyna dziać się coś niezwykłego…”

Ach, jak ja nie cierpię takich ogólnikowych blurpów w stylu aforyzmów Paulo Coelho – zawsze kiedy widzę zdanie opowieść o miłości, zdradzie, ucieczce i przetrwaniu” to po pierwsze: nic mi to zupełnie nie mówi, a po drugie: to sprawia, że właśnie mam ową książkę za raczej lekką, o której nie da się napisać nic więcej poza takimi kilkoma ogólnikowymi zdaniami.

58410607_978074222391699_8447141836568515440_n

Tymczasem powieść „Wyspa” zasługuje na znacznie, znacznie więcej. Jej autorka, Żanna Słoniowska, znakomita ukraińska literatka o polskich korzeniach zadebiutowała wygrywając konkurs wydawnictwa Znak książką „Dom z witrażem”, po którą nie miałam jeszcze okazji sięgnąć, ale całą pewnością szybko to teraz nadrobię – i, co więcej, otrzymała za nią Nagrodę Konrada, a to naprawdę wiele znaczy. „Wyspa” jest moim pierwszym spotkaniem z autorką uważaną obecnie za jeden z najciekawszych głosów współczesnej literatury europejskiej – i muszę je uznać za naprawdę niezwykle udane.

Anna Marchewka, literaturoznawczyni i krytyczka literacka napisała, że „temperatura w tej relacji nie zna skali, staje się tą najniebezpieczniejszą z możliwych, zawieszoną w spojrzeniu, nieznośną przez brak dosłowności” – to zdanie jest jak strzała wypuszczona przez wprawnego łucznika prosto do celu, po lekturze staje się idealnie trafna i zrozumiała dla czytelnika. Główni bohaterowie, Dawid i Muriel, są związani ze sobą nicią liter – on jest pisarzem, ona kieruje domem pracy twórczej. Jak nietrudno się domyślić szybko wywiązuje się pomiędzy nimi naprawdę szczególna relacja, której specyfikę szczególnie mocno zaostrza fakt, że pomiędzy nimi jest dosyć duża różnica wieku. Ponadto Dawid ma już własne uporządkowane życie – żona, córka, sukcesy zawodowe, uznanie w branży… Śmiało można by go nazwać spełnionym – ten kontekst plasuje go w dość specyficznej gromadzie bohaterów, z której literatura światowa czerpie charaktery często i gęsto, gromadzie wielu artystów, którzy niby mają wszystko, a z jakiegoś powodu cały czas czują się niespełni, wciąż poszukujący, wciąż niezaspokojeni… Zdecydowanie kimś takim jest właśnie Dawid.

Zawsze podchodzę z pewną dozą rezerwy i obawy do książek pisanych przez pisarzy – o pisarzach albo pisanych przez dziennikarzy – o dziennikarzach – zawsze mam przed oczami taki obraz kogoś strasznie pretensjonalnego, niezwykle zagubionego narcyza, który siedzi w zadymionej kawiarni WYGLĄDAJĄC jak pisarz i wszystkim dookoła OPOWIADA o tym jak ciężki jest żywot pisarza… Zamiast po prostu wziąć się do roboty i zacząć pisać. Strasznie nie lubię takiego podejścia do tego w gruncie rzeczy zupełnie takiego samego jak inne zawodu. Rzeczywiście – Dawid ma w sobie dużo tej pretensjonalności i jest wyjątkowo irytującym bohaterem, natomiast jest w tej konstrukcji niewątpliwy pisarski kunszt – bo z kart książki wygląda człowiek, nie płaska postać. Po prostu ma taki charakter, a nie jest źle napisany. Muriel natomiast to kobieta, która dostała w prezencie (i jako taka bohaterka przejdzie niewątpliwie do historii) absolutnie najpiękniejsze opisy kobiety, jakie widziałam w ogóle w literaturze. Naprawdę. Nie jestem wielką ani znawczynią, ani wielbicielka poezji czy prozy poetyckiej i ona zwykle do mnie raczej nie przemawia… Ale ta poetycka konstrukcja kobiety-boginki, nimfy, mitologicznej wręcz, lecz nadal przyziemnej zjawy-postaci… Majstersztyk, czyste piękno. Nawet to, jak autorka opisuje nawet zupełnie fizyczne aspekty Muriel, jej cielestność. Choćby dlatego po tą powieść powinna sięgnąć każda kobieta, która choć raz w życiu nie czuła się piękna.

W ogóle, wracając jeszcze do tej poetyckośći – cała powieść jest właśnie utrzymana w takim oniryczno-lirycznym klimacie. To właśnie tytułowa wyspa, na którą przyjeżdża główny bohater, wydaje się być główną bohaterką powieści – jest jak zupełnie inny świat, obca planeta, na której prawa obowiązujące w reszcie świata wydają się nie mieć racji bytu, na której widzi się i odczuwa inaczej, słyszy wyraźniej… A wszystko smakuje solą morską. Napięcie panujące w tej książce wzrasta wraz z porami roku, aż w końcu staje się tak nieznośne, że sam czytelnik daje się w ową grę wciągnąć i pod koniec ma ochotę aż krzyczeć. A czyż nie o to chodzi w dobrej opowieści o miłości?


Recenzja powstała na zlecenie portalu Dzika Banda.

17799141_1464407273622655_5516128418046412507_n

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s