Recenzja: „Salon piękności” – kim były kobiety biblijne?

Tamar, Rachab, Rut, Batszeba, Estera, Judyta, Ewa, Sara, Miriam, Anna, Debora, Maria – taka doborowa plejada chciałoby się powiedzieć gwiazd biblijnych została przedstawiona na kartach książki Salon piękności ojca Tomasza Zamorskiego. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że Piśmie Świętym wszelkie główne role grają niepodzielnie mężczyźni – tak brzmi obiegowa opinia. Ale czy jest prawdziwa? A co z matkami, siostrami, babciami i… nierządnicami, które bez wątpienia na kartach Biblii mają bardzo duże zasługi? Toż przecież sam Bruce Wszechmogący (grany mistrzowsko przez niezastąpionego Jima Carreya) już zwykł był mawiać, że tak pozwolę sobie zacytować, „za każdym wielkim mężczyzną tego świata stoi kobieta i wywraca oczami”.

Przyznam szczerze, że do książki podchodziłam z ogromnym zainteresowaniem, bo bardzo się cieszę, że taka lekka lecz postępująca feminizacja wkracza pewnie w Kościół Katolicki. Czasem się wkrada zakrystią, czasem wybija z drzwi kopniakiem i wchodzi głównymi wrotami – i dobrze. Już w samej Biblii kobiece postaci są istną skarbnicą inspiracji, a mimo swoich niemniej niezwykłych od męskich bohaterów historii zwykle są jakoś mniej znane. Ich życiorysy – zarówno tych opisanych przez ojca Tomasza, jak i cała plejada innych – mogłyby posłużyć jako kanwy do mnóstwa filmów i z całą pewnością nie byłyby to dziełka wystawiane wyłącznie na festiwalach kinematografii katolickiej, ale i w regularnych multipleksach. Nie ustępują absolutnie niczym biografiom kobiet niezwiązanych z kościołem.

Kiedy z takim właśnie nastawieniem otwierałam Salon Piękności myślałam sobie, że nie ma tutaj rzeczy, która mogłaby pójść nie tak. Po prostu nie ma, on jest skazany na sukces, bo historie tych kobiet są tak inspirujące, że nawet gdyby chcieć je zupełnie „na sucho” encyklopedycznie opisać, to i tak wyszłyby z nich same petardy – a jeżeli jeszcze wzbogaci się to o jakieś poszerzone tło teologiczno-kulturalno-społeczne (bo to jest wiedza znacznie bardziej hermetyczna a wiele wyjaśniająca), to już w ogóle będzie idealna. Spodziewałam się, że będzie to gigantyczne tomiszcze, obfitujące w wartką akcje, przepiękne liryczne przemyślenia, historyczne rozważania – po prostu piękno… Tymczasem z przykrością muszę stwierdzić, że po lekturze towarzyszy mi głównie bardzo, bardzo duży niedosyt. Przez niego zaś przebijają się uczucia zupełnie ambiwalentne – z jednej strony na pewno na gigantyczną pochwałę zasługuje oprawa, edycja, grafiki i łamanie spod boskiej rączki Dayenu Design for God, które sprawiło, że książeczka to naprawdę istny wizualny klejnocik, natomiast niestety niestety odnośnie warstwy treściowej… Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że tem arcygłęboki temat został jedynie ledwo liźnięty. Tak jakby autor nie dokopał się nawet do połowy zaplanowanego researchu, jakby miał bardzo restrykcyjny limit znaków, w którym musiał się zmieścić. To wygląda, jakby ktoś mu powiedział „słuchaj, stary, ale to nie może mieć więcej niż 100 stron, bo leżymy” i on z całej siły spróbował wszystko co najważniejsze ogólnikowo zmieścić, ale już pisząc wiedział, że to o wiele za mało. Szkoda. Po prostu szkoda niewykorzystanego potencjału – bo gdyby pogłębić te historie, gdy by przedstawić je w bardziej zbeletryzowany, a mniej przypowieściowy sposób, gdyby odwołać się do chociażby historii narodu wybranego (bo żydowska historia to przecież i ciekawy i strasznie złożony temat), gdyby dodać kulturowy kontekst… Gdyby, gdyby, gdyby. Dodatkowo dobija mnie fakt, że przecież autor jest ojcem – więc można było Salon wzbogacić nawet o przemyślenia teologiczno-religijne, które byłyby swego rodzaju wisienką na torcie historii każdej z tych kobiet, taką puentą, wnioskiem. Szkoda. Mam wrażenie, że to wszystko zostało potraktowane troszeczkę po macoszemu – i prawdopodobnie przez to ta książka trafi nie do mainstreamu, do którego miała ogromną szansę się przebić, ale tylko i wyłącznie do katolików, którzy po prostu będą ciekawi historii tych kobiet, będą chcieli poszerzyć swoją wiedzę – a i ci dostaną jedynie bardzo bazową, podstawową jej dawkę. Przebija się przez moje słowa pewne rozgoryczenie, to prawda, ale to dlatego, że naprawdę bardzo duże nadzieje wiązałam z tą książką – i jako chrześcijanka i jako katoliczka i myślałam, że będzie czymś więcej niż tylko taką lekką broszurką na jeden wieczór.

61053109_2251721764917100_8993922449972133888_n

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s