Dlaczego ukrywam twarz?

Tak, dobrze widzicie, pod tym clickbaitowym tytułem będzie kryła się krótka, treściwa i zupełnie nie-clickbaitowa odpowiedź na chyba najczęściej zadawane mi na wszystkich mediach bloga pytanie:

Dlaczego nie pokazujesz swojej twarzy?

Szczerze mówiąc nigdy nie przypuszczałam, że wokół tego narośnie tyle spekulacji, domysłów i irytacji. Serio, gdybym zakładając bloga parę lat temu wiedziała, że cała historia potoczy się tak, jak się potoczyła, prawdopodobnie nie ukrywałabym swojej twarzy od samego początku. Po prostu włączyłabym ją w całość Inkoholiczki i nie wywoływałabym niepotrzebnego napięcia. Ale jest jak jest, dlatego pozwólcie, że opowiem Wam wszystko od początku i być może więcej już nie usłyszę tego pytania 🙂

Wszystko zaczęło się dużo wcześniej niż w 2015 roku, kiedy założyłam bloga. Od bardzo wielu lat miałam takie podejście że sieć wie i tak 100 razy więcej niż chcielibyśmy (i to nie jest teoria spiskowa tylko fakt zasadniczo). W związku z tym kiedy później założyłam bloga był to czysto prywatnościowy ruch – a wiecie, że ja moją prywatność traktuje naprawdę bardzo poważnie i jej granicę są dosyć sztywne. Poza tym wtedy wszystko wyglądało zupełnie inaczej – myślałam, że najprawdopodobniej nie opuszczę internetu i będę kimś w stylu Piotra Kaczkowskiego, którego tak naprawdę da się usłyszeć tylko jako głos w radiu i generalnie on nigdy z niego nie wychodzi.

Później jednak kiedy zawodowo zaczęłam zajmować się dziennikarstwem, prowadzeniem spotkań, rozmów, wywiadów i wszelkimi tego typu aktywnościami siłą rzeczy po prostu zaczęłam z tego internetu wychodzić. Patronaty medialne nad coraz większą ilością wydarzeń, spotykałam się z coraz większą ilością ludzi, prowadziłam spotkania, rozmowy, panele i poznałam cały świat fandomowy (który swoją drogą jest naprawdę fantastyczny i który sprawia że bycie na konwentach jest jeszcze przyjemniejsze)…
I tutaj dochodzimy do tego pytania – dlaczego po tych wszystkich zmianach nadal nie odpuszczasz nie wrzucasz selfików i generalnie nie wiemy jak wyglądasz?

Powód jest jeden strasznie smutny i strasznie prosty. Ja po prostu nie mam takiej najmniejszej potrzeby. Nie chcę tego robić. Wolę tak jak jest, jest mi to na rękę.

Przy okazji – to, że nie wiecie jak wyglądam jest totalną bujdą na resorach i znaczy tylko i wyłącznie tyle, że po prostu ja sama nie podsunęłam Wam swojego zdjęcia pod nos na własnym feedzie. A nie, że nie wiecie. Bo macie mnóstwo okazji dowiedzenia się jak wyglądam, nawet nie musicie specjalnie hakerzyć,  wystarczy po prostu oglądać rzeczy, które udostępniam, o których opowiadam, albo po prostu widzieć mnie na konwencie. Nawet dla leniwych hakerów to będzie bardzo prosty zabieg – a gdybym tak naprawdę twarz ukrywała, to nie moglibyście tego zrobić w żaden sposób. A skoro możecie to taki z tego wniosek że ja jej nie ukrywam tylko się na niej NIE SKUPIAM. Widzicie różnicę?

Ergo. Nie będzie żadnego giga face reveal z szampanem, krewetkami i konfetti – bo moja twarzyczka podobnie jak i cała reszta jest revealed regularnie. Ostatnio przed jakimiś kilkusetoma osobami na ostatnim Falkonie. I nie miałam z tym problemu, naprawdę! Co więcej przecież sama wam o tym powiedziałam.

Więc o co tu chodzi? Niby nie wrzucasz sama, a da się Ciebie gdzieś zobaczyć? To co tu jest grane?

To bardzo proste. W tamtych sytuacjach jest to po prostu niezbędne. Nie ma w tym grama pretensjonalności, że ktoś nie ukrywałby swojej twarzy na spotkaniu autorskim, na scenie czy w jakiejś innej społecznej sytuacji (przeciwnie, jakby wyszedł w masce, to dopiero by się zrobiło pretensjonalnie…). Tak bym się zachowywała, gdybym chciała Was rozdrażnić – a nie chcę, broń Boże nie o to mi chodzi.

Po prostu to jest tak, że jak jesteś dziewczyną, to jakimś magicznym sposobem zawsze dzieje się tak, że Twój przekaz ukrywa się całkowicie za Twoim wyglądem. To co masz do powiedzenia chowa się w kształcie nóg, idee, w które wierzysz – w nie do końca idealnie pomalowanych paznokciach, sprawy, o których opowiadasz w czyimś zdaniem za krótkiej/za długiej spódnicy, w tak/nie tak ułożonych włosach… Łapiecie, o co mi chodzi. Jakiś czas temu moja ulubiona Catus Geekus bodajże na swoim instagramie wrzuciła zescreenowany czyjś creeperski komplement w jej stronę, a Zwierz Popkulturalny dawno dawno temu mówiła o tym, że kiedy pokażesz się w sieci musisz przygotować się na to, że wszyscy dookoła będą oceniać Twój wygląd. I właśnie w tym rzecz. Mój wygląd to nie jest mój przekaz. On jest w tej chwili totalnie nieistotny, nie chcę w jego stronę ani komplementów ani obelg, bo naprawdę, ale to naprawdę nie są one dla mnie w żaden sposób istotne i nie chcę, żeby były dla kogokolwiek.

Wyobraźcie sobie taką sytuację – przygotowujecie się do mega wymagającego występu w pracy, harujecie jak woły tygodniami, żeby wszystko podopinać, w końcu padnięci, ale dumni z siebie jak sto pięćdziesiąt wygłaszacie ten referat… A wasz szef taksuje Was wzrokiem i mówi: ej, ale wiesz, że jesteś brzydki? Albo przeciwnie, te nóżki to ma pani fiu fiu! 😉 Przykład może trochę przesadzony, ale czaicie, o co chodzi? O to, że nie chcecie usłyszeć żadnego z tych komunikatów, to nie jest czas ani miejsce – wy chcecie usłyszeć o Waszej pracy, o tym, w co włożyliście czas i energię. I już.

Coś czuję, że w tym momencie nadal część z Was jest nieprzekonana. Powiecie pewnie coś w stylu: o matko, nie jesteś aż taka sławna, pewnie jakbyś miała 100k obserwujących na wszystkim to byś się mogła martwić, a tak? Daj spokój.

No to powiem Wam coś. Od samego początku istnienia bloga, od czasów, kiedy miał jakieś 4 lajki na Facebooku na krzyż z chirurgiczną wręcz dokładnością czasową pojawiał się na niej ktoś, kto zakochiwał się we mnie do szaleństwa i gotów był mi się pod drzwiami stawiać lada dzień. O, pardon, nie we mnie – bo o mnie to o gunwo na dobrą sprawę wiedział – w Inko. Czyli w wykreowanej postaci, pewnej marce, którą stworzyłam, która owszem, ma dużo moich cech i ogrom wielki pracy, ale na pewno nie jest MNĄ. Przykro mi, Inko tak naprawdę nie istnieje, nie ma takiej kobiety.  Ludzie ładują się z butami i swoim zdaniem w cudzą prywatność bez pardonu i bez żadnych skrupułów – musiałam usuwać czasem bardzo obraźliwe komentarze pełne inwektyw, propozycje seksu grupowego, bardzo obcesowe pytania dotyczące mojego życia seksualnego, wyzywanie moich czytelniczek od, no, kobiet, o których mężczyźni odpowiednio nie zadbali, całe legiony mansplainingowych facetów, którzy całymi dniami tłumaczyli mi dlaczego to ja jestem głupia, a oni mądrzy i to wszystko, co osiągnęłam jest w jakiś sposób ich zasługą… Nie widzicie tego – bo ja Wam tego nie pokazuję i dbam, żeby w moim kącie internetu nie leżał gnój na podłodze, tylko, żebyśmy się wszyscy czuli przyjemnie, miło i w miarę możliwości kulturalnie. A ja – bezpiecznie i u sterów. Bo mój jest ten kawałek podłogi, przykro mi 🙂

Ludzi dobrej woli jest więcej i ja mocno w to wierzę i to widzę – na jednego męczącego osobnika przypada co najmniej kilku-kilkunastu – a nawet kilkudziesięciu! – „sprawiedliwych”, fanów, którzy mnie wspierają, którzy rozumieją i którzy autentycznie cieszą się z tego, co robię. I to jest gigantyczna siła napędowa, za którą ogromnie Wam dziękuję. ♥ ♥ ♥

Dlatego teraz, kiedy już znacie odpowiedź, wiecie, jak wygląda sytuacja, zostawiam Was ze słowem mojej ulubionej Carrie Hope Fletcher, która bardzo mądrze wypowiedziała się ostatnio w temacie.

To tyle. Trzymajcie się.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s