Book soundtracks #1, czyli folk na folku i folkiem pogania

Zaczyna mnie nieco martwić, że temat przewodni bloga coraz mocniej się poszerza na wszystkie strony jak statystyczny obywatel po hucznie obchodzonych świętach. Zatacza coraz szersze kręgi, zaczyna się tu wokół Inkoholiczki robić coraz bardziej różnorodnie i przez to całkiem niezrównoważenie. Nasuwa się naturalnie pytanie „co teraz będzie”, ale nie znam na nie jeszcze odpowiedzi, w związku z tym popędzę w pełnym sprincie na północ zanim dotrze do nas wszystkich, że to bez sensu 😀

Dziś działo się będzie dzieciaczki co nie miara. Literki są ważne, ale nuty są ważne równie, a obszar inkoholiczych miłości muzycznych rozprzestrzenia się nie mniej szybko jak tych książkowych. Dlatego dzisik uraczę Was bookowymi soundtrackami (dzisik i nie tylko dzisik, albowiem serią się wpis ów stanie).  Sountracki książkowe – ale rozumiane dwojako. Z jednej strony piosenki w pewnym konkretnym nurcie, pomagające zanurzyć się w klimat danego literackiego świata po same uszy. Nie muszą być słuchane naraz z czytaniem, bo mało kto to lubi, ale po prostu potęgują wrażenie wciągania w świat stworzony przez autora. Ale z drugiej strony mogą też zapewnić coś zupełnie innego – tu kłaniam się piszącym. Ogromnie inspirujące do stworzenia własnych światów i budzące wenę nawet z najgłębszego snu.

14650636_10153960953689013_7692434513978088803_n Czytaj dalej

Łabędzi szał ciał, czyli dlaczego Inkoholiczka kocha balet

Wiem, że rozrzut tematyczny mam jak ruska Katiusza. Ale co ja poradzę, że filozofię umysłowego płodozmianu wyznaję i naprawdę różnorodność kocham. Więc spośród Meekhańskiego stepu z objęć Wegnera się wymykam w noc ciemną i lecę na balety. Dosłownie.

the-st-petersburg-ballet-swan-lake-swans-duo_lr-660x330

Pokutuje w łebkach ludności wszelakiej pewno konkretne, dość z resztą niepochlebne zdanie na temat baletu. Robi się z niego cierpką kawę dla prawdziwych koneserów, stawia na równi z najpiskliwszymi operami i ogólnie odgania się go od uwagi jak natrętną muchę słowami „to nie dla mnie”. Ewentualnie posądza się jeszcze baletmiostrzów o orientację homoseksualną, bo jak wszyscy dobrze wiedzą, opięte gacie są niepodważalnym jej dowodem. Bullshit na bullshicie i bullshitem pogania. Ja właśnie dzisik panie wieczorem te wszystkie pokutujące przekonanioduszyczki zamierzam wyzwolić i pozwolić im latać wokół żyrandola ile im się żywnie będzie podobało. Bo ja, moi Drodzy, balet uwielbiam. (Uwaga! Tekst jest pisany grubo po 22 i to na powystępowym haju).

Czytaj dalej

Wiosna wkoło, „a lasy wiecznie śpiewają”, czyli Inkoholik – ludowiec

Jestem panie ludomanem. Nie mylić proszę z Ludo Bagmanem. Jestem ludomanem odkąd w klasie maturalnej albo jakiejś  z innej czytałam na wiosnę utwory młodopolskie. „Chłopi” odcisnęli się na moim inkomuzgu, który wtedy inkomuzgiem jeszcze nie był, słodkim małorolnym piętnem w walonki obutym. Piętno owo skutkuje tym, że na wiosnę zachowuje się jak Pan Sułek – ludowiec, który nie przyjmuje do wiadomości, że życie na wsi to głównie ciężka praca i skupia się wyłącznie na tańczeniu boso obertasa, spacerach po łonie natury, rozmawiania z krowami i krzyczeniu: Hejjjjj! Czytaj dalej

10 życiowych zasad dona Corleone, czyli czego uczy Ojciec Chrzestny

Dzisik, moi Drodzy Inkoholicy, zapoznam was z ekstraktem z pewnej klasycznej dość pozycji, przepuszczonej przez gęste sito mej subiektywności. Będzie o tym dlaczego Lord Voldemort jest samolubem, o Marii Teresie II, która jak już zaczęła rodzić to nie mogła przestać, o Claire równie bezlitosnej co Francis, nerwowym żłopaniu wody i, co najważniejsze, o Ojcu Chrzestnym! Przed Wami 10 życiowych mądrości, jakie zaserwowała mi ta lektura.

the_godfather

Czytaj dalej

Siedmiu mężczyzn, którzy doprowadzili mnie do płaczu, czyli laugh with me

Dzisik Inkoholik wama przedstawi sześciu mężczyzn, którzy doprowadzili ją do płaczu. Czasem był to płacz rzewny, czasem jeno siąpienie, czasem połączony z rzuceniem się na podłogę i turlaniem w te i wewte jak padalczyk. Na szczęście we wszystkich przypadkach nie było to case study Galopującej Czarnej Rozpaczy, a zwyczajnego, szerokorozdziawowego śmiechu. Oto przed Wami sześciu autorów, których teksty stylistycznie doprowadzają mnie do takiego stanu:

smm1i8n

Dlaczego „autorzy”, a nie „książki”? – spytacie. To bardzo proste. Ja nie gustuję w zbiorach z kawałami.

Czytaj dalej

TOP 5 Sesjoodmóżdżaczy, czyli najwięcej w życiu szmiry zaznają wampiry

Uwaga. Tekst był pisany pomiędzy czwartym egzaminem a piątym w stanie silnego przepalenia styków, bez smaku ani hamulców moralnych. Może zawierać śladowe ilości ironii, brakupowagi oraz orzeszków arachidowych. Jeśli jesteś uczulony na którykolwiek ze składników pozwól, że zamiast wpisu zadedykuję Ci wierszyk:

Wyjrzała glizda z dziury i wesoło gwizda
Wtem patrzy – z drugiej dziury sterczy druga glizda
Dalejże ją uwodzić a ta rzecze srogo
Odwal się żesz, kretyn, toć ja jestem twój ogon!

<kurtyna>

A teraz do rzeczy. Jest taki czas w życiu każdego, prawda, człowieka, że ma dosyć codziennego wspinania się na wyżyny intelektualne i chce najzwyczajniej w świecie położyć się na dowolnej miękkiej powierzchni poziomej z kubkiem jakiejś gorącej substancji nieopodal i poczytać coś, co będzie wymagało od niego niezbyt dużego zaangażowania spracowanych neuronów. Taki czas może nastąpić śródsesyjnie, śródprojektowo, tużpodedlajnowo i w wielu innych mniej lub bardziej spodziewanych momĘtach. Inkoholiczka radzi, Inkoholiczka nigdy Cię nie zdradzi i Twemu synapsoprzepaleniu zaradzi. Dzisiaj będzie o Topnej Piątce Sesjoodmóżdżaczy, zielonych jabłkach Edwarda, Alfie Romejo i zwyrodnialcu Januszu. Tylko krótko, bo muszę wracać do roboty!

Czytaj dalej

Katedra Marii Panny, czyli jak się literaturą głęboko zaciągać

figuren_auf_notre_dame

Czaję się za gargulcami patrząc na zgromadzony w katedrze tłum. Jestem jak dzikie zwierzę, samotnik, wolę trzymać się od nich z daleka. Żyję tylko dla Notre Dame, tylko ją kocham. Jestem jej sercem, jej duszą. Sanctus, spiritus sanctus, warkocz setki głosów niesie się pod samo sklepienie, owiewa po drodze moją twarz. Twarz tak brzydką, że sam panicznie boję się ujrzeć ją przypadkiem w kroplach deszczu. Nie słyszę słów – uszy już dawno złożyłem w ofierze Wielkiej Marii. Czuję tylko to tchnienie. To tchnienie, które na krótki moment rozjaśnia moją twarz uśmiechem. To chyba był niebiański blask… Wspinam się nieco wyżej. Znam w tej Katedrze każdy kamień, każdą poręcz, każdego gargulca. Nie poślizgnę się, nigdy nie spadnę. Ta świątynia to mój wszechświat.

Czytaj dalej

♪ Czytać to nie znaczy zawsze to samo, czyli 4 zmiany, do których musiałam dojrzeć

 

SAM_3361

Po pierwsze – przestań gonić.

Tym razem chodzi mi nie o tempo czytania, bo każdy ma indywidualne, ale o tempo MYŚLENIA. O co chodzi? Już tłumaczę. Sama często łapałam się tym, że biegnąc po literkach jednej książki już myślami planowałam, co tu będzie zaraz drugie, a w ogóle to recenzje i terminy i stosik stygnie… Zaraz. O czym był ten ostatni akapit? I tak w koło Macieju, bo przy następnej myślałam o jeszcze następnej, a jednocześnie w głowie już planowałam sobie recenzję i nieustannie sama siebie popędzałam. To kompletnie zabijało radość z lektury i robiło ze mnie racjonalną bezemocjonalną maszynkę do czytania. Po kilku porecenzyjnych kacach powiedziałam wewnętrznej Inkoholiczce STAAAHP! i postanowiłam zarówno pisać, jak i czytać maksymalnie po swojemu.  I koniec.

DSCF9266

Po drugie – masz jedne oczy.

To brzmi szumne, ale taka jest prawda. Czasem po prostu szkoda mi moich na niektóre książki, bo tyle jest cudów do przeczytania. A i tak z racji pracy i blogowania bardzo dużo czasu spędzam przed komputerem. Co zrobić poza jak najlepszym oświetleniem, stawianiem na zwykły papier a nie czytnik i robieniem w czytaniu przerw? Rozmawiacie z pisaniomaniaczką, u której co w sercu do na piórze – dobrze jest opracować sobie listę książek, za które chcecie się zabrać. Wtedy nigdy nie będziecie narzekać na niemamcopoczytaćizm. Ja mam w telefonie kilka list, a zawsze, gdy ktoś poleca mi jakąś ciekawą książkę, od której aż świecą mu się oczy – od razu zapisuje. Dzięki temu uzbierała mi się naprawdę pokaźna lista książek, które CHCĘ a nie MUSZĘ przeczytać. Stąd moje wyciszenie w sprawie Wydawnictw, z którymi współpracuję – po prostu teraz chciałabym poświęcić trochę czasu moim „pułkownikom”, które wołają mnie od dawna wielkim głosem, a na uwagę zasługują z pewnością. Recenzje to mocno obciążające teksty, bo za każdą z nich stoją godziny lektury i analizy każdej z książek. Pora teraz na więcej tekstów okołoliteraturowo luźniejszych – będzie Pan zadowolony, żona też będzie zadowolona! 😉

fantasy

Po trzecie – łap okazje, gdziekolwiek je znajdziesz. Albo lepiej – sam ich szukaj. Ale nie kosztem ludzi.

Skąd ty masz tyle czasu na czytanie? A jak na studiach, jeszcze dajesz radę? No co ty, studiujesz, pracujesz i masz czas na czytanie? O, a ty jak zwykle z książką, co teraz czytasz? Takie grube? Jak ty się wyrabiasz? – bardzo często słyszę takie pytania. I sprawa jest prosta – ja czasu nie mam. Ja czas sobie biorę. Zauważyłam, że bardzo dużo minut dziennie przepływa mi przez palce tak po prostu, nie wiadomo gdzie. Czekam godzinami pod dziekanatem, na autobus, na wizytę u lekarza… A jak do tego dojdzie, że nie mam  problemów z czytaniem w trakcie podróży samochodowej, to tego czasu sumarycznie robi się naprawdę dużo. W związku z tym po prostu nie ruszam się z domu bez książki i po parę minut, po parę minut i książki się po prostu same wsuwają. Bardzo, bardzo rzadko mi się zdarza, że po prostu siadam w domu i czytam z namaszczeniem. Książki raczej są dla mnie przerwą, a nie pracą. ALE. Jest jeszcze jedno zjawisko, które tutaj chciałabym poruszyć. Nie ma sensu stawiać książek wyżej niż ludzi. I słyszycie to z ust narcyza, który chciałby życie przesiedzieć pod kołderką z gorącą czekoladą, książką pod nosem i miękkim kotkiem pod ręką, a wszystkie imprezy na których był mógłby zliczyć na palcach jednej ręki. I to jest prawda, że jak ktoś woli w domowym zaciszu sączyć winko w towarzystwie przyjaciela, to nie powinien się zmuszać do dzikich otrzęsin w klubie ImprezowyWładzio. Ale rzadko kiedy stawianie książek ponad owymi przyjaciółmi i rodziną się sprawdza. Wiadomo, każdemu należy się chwila relaksu, ale jak kolejny raz widzę memowe zdanie „Nie mam czasu na życie, wolę czytać książki”, albo „Nie ma przyjaciela lojalniejszego niż książka”, to… Nie, nie trafia mnie atramentowy szlag. Po prostu się mi się robi smutno.

DSCF9272

Po czwarte – pamiętaj. To przyjemność, nie wyścigi.

Ile książek czytacie miesięcznie? A ile stron na godzinę? A na minutę? A na sekundę? A mikrosekundę? A na czas Plancka? A jakby Was tak podwiesić za szlufki od jeansów u powały i zacząć kręcić Wami jak bąkiem to ile byście przeczytali? Hę? No co wy? Tylko 100 stron? Ja bym przeczytała co najmniej 918346 ! Tyle co Wy to ja w przedszkolu czytałam i to stojąc na rękach! Znacie takich ludzi? 😉
To nie wyścigi ani bitwa o Złotą Patelnię. Jeszcze rok temu nie traktowałam czytania jako hobby, tylko jak coś zupełnie obligatoryjnego. Takiego jak, no nie wiem, oddychanie. Nie istnieje pytanie „czy lubisz czytać”, istnieją tylko „jaką literaturę” i ewentualnie „czy czytałeś……..(tu wstawić jakiś tytuł, najlepiej superambitny, żeby sobie nie pomyślał, że Sadze o Ludziach Lodu spod ogona wypadłaś)”. I to jest dość nawet ciekawy mechanizm, który wewnątrz Inkogłowy zaszedł, bo im więcej wiem w danej dziedzinie, tym szersze mam horyzonty i tym łagodniejsza jestem w ocenie rejonów, które ja sama mało lubię, ale wiem, że mają swoich fanów. I teraz, kiedy spotkałam tylu ciekawych ludzi, którzy czytają bardzo mało książek a nie czyni ich to w żaden sposób mniej interesującymi, nie tak śpieszno mi wygłaszać rozmaite książkonazistowskie hasła (wiecie, te wszystkie, że jak nie czytasz to weź wyjdź, bo mi się niedobrze robi jak można być tak niedouczonym). Nie tak śpieszno, bo może będę miała z tą osobą faktycznie mniejszy procent pokrewieństwa dusz, ale za to posłucham i o jego pasji. Jakiejś innej…

DSCF9268

Choć wiadomo, że wielogodzinne okołoliteraturowe dywagacje to nadal to, co Inkoholiczki lubią najbardziej! 😀

Konkursu rozstrzygnięcie, czyli najlepsi z najlepszych!

Z ogromną radością czytałam konkursowe zgłoszenia, które nadesłaliście. Przy niektórych śmiałam się do łez, przy innych patrzyłam na ekran z Rorschachowym przestrachem w oczach… Ale sama tego chciałam! 😀 A obiecałam, że żadnych diagnoz nie będzie… Więc, z racji, że ani kwalifikacji ani ochoty na nie nie mam, chciałabym kilka z nich Wam przytoczyć. Dla przypomnienia, tutaj znajdziecie link do postu konkursowego i regulaminu.

Zapraszam Was więc na post pod znakiem „The Best Of The Bests” 😉

HEAD Czytaj dalej