„Kobiety despotów”, czyli wycieczka za kulisy historii

Nie byłam nigdy tym typem ucznia, którego za czasów szkolnych szczególnie fascynowałaby historia. Mimo galopującego humanizmu jakoś nie wchodziły mi do głowy setki dat, tytuły rozmaitych królów, hrabiów czy delfinów, miejsca bitew i powstań – jak większość dzieciaków nie potrafiłam wyobrazić sobie, że te wszystkie podręcznikowe historie wydarzyły się naprawdę, że nazwiska to ludzie z krwi i kości, że Chrobry spluwał, że Kopernika czasem bolał brzuch, jak NN dostał bagnetem to polała się krew taka sama jak moja. Później moje patrzenie na historię nieco się zmieniło – może za sprawą biegnących latek, może kolejnych czytanych książek, a może wspaniałego wprost boomu na beletrystykę historyczną i biografie, który na polskim rynku wydawniczym gości od lat kilku i na razie nic nie wskazuje na to, żeby się gdziekolwiek wybierał. Jednym z jego owoców, niewątpliwie udanym, soczystym i smacznym są “Kobiety Despotów” spod pióra Przemysława Słowińskiego.

32783779_165936107434285_7767603411725320192_n

“Do szaleństwa oddane i posłuszne. Zazdrosne i żądne władzy. Żony i kochanki. Bite, osamotnione, zdradzane. Za życie z despotami płaciły wysoką cenę – chorowały na nerwicę, ginęły w niewyjaśnionych okolicznościach, popełniały samobójstwa.”

Czytaj dalej

Reklamy

„अन्नपूर्णा Annapurna”, czyli wyprawa oczami himalaisty

Nigdy nie byłam szczególnie zainteresowana tematyką alpinizmu czy himalaizmu – ot, po prostu wiedziałam, że coś takiego istnieje. Po górach lubię chodzić, ale równie mocno po lesie, nad morzem, czy gdziekolwiek indziej, gdzie jest natura. Tym bardziej byłam sama zaskoczona swoją reakcją na sprawę Tomka Mackiewicza – autentycznie, jak nigdy do tej pory żadne tego typu relacje niewiele mnie obchodziły, tak wtedy czułam się bardzo dotknięta, zaangażowana, jakby chodziło o kogoś kogo znam. Sprawa skończyła się jak się skończyła, a ja daleka jestem od wypowiadania się na jej temat – bo po prostu zupełnie się na tym temacie nie znam. Ale zainteresował mnie, nie powiem. Postanowiłam dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat i właśnie wtedy wpadła mi w ręce „Annapurna”.

28157643_1794278094211907_9148783251085590528_n

Czytaj dalej

„Żona terrorysty”, czyli o dżihadzie od środka

Dziś, Inkoholicy, będzie na poważnie. Bo temat jest poważny i nawet taki chroniczny jajcarz jak Inkoholik nie potrafi sobie z pewnych rzeczy robić jaj, bo tak jej się robi smutno i niezręcznie. Nie sposób nie przypomnieć sobie w tym momencie o recenzji „Między Światami”… Dlatego na sam początek tekstu, zanim jeszcze o książce, przemyśleniach i o wszystkim, chciałabym zaznaczyć, że wszystko, co napiszę, dotyczy EKSTREMISTÓW. A nie każdego muzłumanina. To jest ważne.

niqab

A teraz do rzeczy. Widzicie tą panią na obrazku poniżej? Ciężko wyobrazić sobie kogoś o typie urody mniej przypominającym panią na obrazku powyżej. Jednak Anna Sundberg, bo właśnie o niej jest książka „Żona terrorysty”, w pewnym momencie swojego życia podjęła drogę konwertynki, porzuciła rodzinną Szwecję i wraz ze swoim mężem i później również dziećmi przez szesnaście lat tkwiła w samiutkim środku rozwijającego się dżihadu, który obecnie jest problemem bardzo aktualnym. Czytaj dalej

6 viralowych seriali okiem Inkoholika, czyli HBOwe-NETFLIXowe rozkminy

Serialogapienie w moim, inkoholiczym przypadku wygląda bardzo podobnie do czytania książek – wciskam tą czynność jak plastelinę w rozmaite wolne chwile, wydzierając bezlitośnie kotom. Kiedy więc w domu jest coś do sprzątnięcia, paznokieć jest niepomalowan, ząb nieumyty lub kanapka nieugotowana – w tle leci czynność, a głową siedzę w serialu. I przy tym jak tasiemcowe potrafią być produkcje to ja innej opcji oglądania dla siebie nie widzę – świadomość tych przesiedzianych przed kąputrem bez ruchu dziesiątek godzin zbyt by mnie przytłoczyła. O ulubionych serialach i starociach uwagi wartych będzie inną razą. Dzisik opowiem ja Wam jak z inkoholiczego punktktktktu widzenia prezentują się produkcje najznańsze, najbestsellersze, viralowe wręcz – przybyłem, skosztowałem i własnym oczom nie wierzę. To jadymy!

Czytaj dalej

„Boska Florence”, czyli nie musisz być najlepsza. Ale zawsze wkładaj serce w to, co robisz.

Pół blogoświata podróżuje tłumnie na pełen seksu, niesmaczny film o przygodach jakichś dziwnych, animowanych parówek, by móc potem napisać recenzję o tym, jak jest niedobry i jak śle się bawili. No więc ja mówię Wam to już teraz, bez pójścia i przehulania pejtnastu złotych polskich. Kwotę ową zawrotną postanowiłam wydać w sposób nieco lepszy – pełne miłości do Meryl Streep inkoholicze serduszko wybrało się na film „Boska Florence”, traktujący o TEJ Pani:

florence-foster-jenkins

W skrócie życiorys przedstawiając: dawno, dawno temu, a ściślej mówiąc w 1896 roku na świat przyszła była pewna babka. Jedna z wielu na tym świecie, ALE! Babka owa  marzyła o karierze muzycznej, ściślej mówiąc operowej śpiewaczki. W międzyczasie pogrywała sobie na pianinku i nawet dobrze jej to szło, bo w wieku lat ośmiu wstępowała już przed prezydentem. Niestety. Wyrodny tatulo, Karolek Foster, który wymarzył dla swojej córusi karierę kury domowej, kategorycznie odmówił jej funduszy na muzyczne mrzonki. Zakręcił jej kurek z gotówką czyli. Florentynka więc postanowiła postąpić jak, że się tak wyrażę, typowa nastolatka. Po prostu uciekła z domu. Na gigancie zaś hajtnęła się była z doktorem Franiem Fosterem. I już mieli sobie żyć w Filadelfii długo i szczęśliwie, gdy okazało się, że mąż-doktorek w pantalonach zdejmowaniu nie ma sobie równych i już u kilku takich Florentynek był z wizytą domową wcześniej. I, wręcz bezczelnie z racji profesji, zaraził żonę swą syfilisem. Po rozwodzie zła passa Florence jednak się odwróciła – pewien aktor, niejaki St. Claire Bayfield, zakochał się w niej do szaleństwa. Z wzajemnością, więc związała się do końca swojego życia. Dodatkowo wyrodny tata-sknerus kopnął w owym czasie kalendarz i zostawił córce niemałą fortunę. Mogła więc wreszcie zacząć swą błyskotliwą karierę.  Czytaj dalej