„Żona terrorysty”, czyli o dżihadzie od środka

Dziś, Inkoholicy, będzie na poważnie. Bo temat jest poważny i nawet taki chroniczny jajcarz jak Inkoholik nie potrafi sobie z pewnych rzeczy robić jaj, bo tak jej się robi smutno i niezręcznie. Nie sposób nie przypomnieć sobie w tym momencie o recenzji „Między Światami”… Dlatego na sam początek tekstu, zanim jeszcze o książce, przemyśleniach i o wszystkim, chciałabym zaznaczyć, że wszystko, co napiszę, dotyczy EKSTREMISTÓW. A nie każdego muzłumanina. To jest ważne.

niqab

A teraz do rzeczy. Widzicie tą panią na obrazku poniżej? Ciężko wyobrazić sobie kogoś o typie urody mniej przypominającym panią na obrazku powyżej. Jednak Anna Sundberg, bo właśnie o niej jest książka „Żona terrorysty”, w pewnym momencie swojego życia podjęła drogę konwertynki, porzuciła rodzinną Szwecję i wraz ze swoim mężem i później również dziećmi przez szesnaście lat tkwiła w samiutkim środku rozwijającego się dżihadu, który obecnie jest problemem bardzo aktualnym. Czytaj dalej

Reklamy

6 viralowych seriali okiem Inkoholika, czyli HBOwe-NETFLIXowe rozkminy

Serialogapienie w moim, inkoholiczym przypadku wygląda bardzo podobnie do czytania książek – wciskam tą czynność jak plastelinę w rozmaite wolne chwile, wydzierając bezlitośnie kotom. Kiedy więc w domu jest coś do sprzątnięcia, paznokieć jest niepomalowan, ząb nieumyty lub kanapka nieugotowana – w tle leci czynność, a głową siedzę w serialu. I przy tym jak tasiemcowe potrafią być produkcje to ja innej opcji oglądania dla siebie nie widzę – świadomość tych przesiedzianych przed kąputrem bez ruchu dziesiątek godzin zbyt by mnie przytłoczyła. O ulubionych serialach i starociach uwagi wartych będzie inną razą. Dzisik opowiem ja Wam jak z inkoholiczego punktktktktu widzenia prezentują się produkcje najznańsze, najbestsellersze, viralowe wręcz – przybyłem, skosztowałem i własnym oczom nie wierzę. To jadymy!

Czytaj dalej

„Boska Florence”, czyli nie musisz być najlepsza. Ale zawsze wkładaj serce w to, co robisz.

Pół blogoświata podróżuje tłumnie na pełen seksu, niesmaczny film o przygodach jakichś dziwnych, animowanych parówek, by móc potem napisać recenzję o tym, jak jest niedobry i jak śle się bawili. No więc ja mówię Wam to już teraz, bez pójścia i przehulania pejtnastu złotych polskich. Kwotę ową zawrotną postanowiłam wydać w sposób nieco lepszy – pełne miłości do Meryl Streep inkoholicze serduszko wybrało się na film „Boska Florence”, traktujący o TEJ Pani:

florence-foster-jenkins

W skrócie życiorys przedstawiając: dawno, dawno temu, a ściślej mówiąc w 1896 roku na świat przyszła była pewna babka. Jedna z wielu na tym świecie, ALE! Babka owa  marzyła o karierze muzycznej, ściślej mówiąc operowej śpiewaczki. W międzyczasie pogrywała sobie na pianinku i nawet dobrze jej to szło, bo w wieku lat ośmiu wstępowała już przed prezydentem. Niestety. Wyrodny tatulo, Karolek Foster, który wymarzył dla swojej córusi karierę kury domowej, kategorycznie odmówił jej funduszy na muzyczne mrzonki. Zakręcił jej kurek z gotówką czyli. Florentynka więc postanowiła postąpić jak, że się tak wyrażę, typowa nastolatka. Po prostu uciekła z domu. Na gigancie zaś hajtnęła się była z doktorem Franiem Fosterem. I już mieli sobie żyć w Filadelfii długo i szczęśliwie, gdy okazało się, że mąż-doktorek w pantalonach zdejmowaniu nie ma sobie równych i już u kilku takich Florentynek był z wizytą domową wcześniej. I, wręcz bezczelnie z racji profesji, zaraził żonę swą syfilisem. Po rozwodzie zła passa Florence jednak się odwróciła – pewien aktor, niejaki St. Claire Bayfield, zakochał się w niej do szaleństwa. Z wzajemnością, więc związała się do końca swojego życia. Dodatkowo wyrodny tata-sknerus kopnął w owym czasie kalendarz i zostawił córce niemałą fortunę. Mogła więc wreszcie zacząć swą błyskotliwą karierę.  Czytaj dalej