„O ziołach i zwierzętach”, czyli w białowieskim świecie Simony Kossak

O Inkoholiczo – Marginesowej współpracy marzyłam już od dawna. Niestety, często mię się zdarza może nie oceniać książek po okładce, ale na pewno ślinić się do co piękniejszych egzemplarzy jak nie przymierzając wściekły lisek. Dlatego w ramach ciągu dalszego po WTKowych darów losu zapraszam Was serdecznie na słów kilka „O ziołach i zwierzętach” pani Simony Kossak.

19601277_1406358389453446_7744928894283823495_n

Simona Kossak – kim jest? Legendą.  Czytaj dalej

TOP 7 kandydatów na męża, czyli popkulturalni misterzy

Każda fangirl ma w swoim życiu taki okres (jeden, dwa, ewentualnie sześćset), w którym kocha się na zabój w jakimś fikcyjnym charakterze. Ale to, że ktoś jest wymyślony, nie znaczy, że nie istnieje, prawda? 😀 Więc kochać można bez przeszkód.

marry

Temat jest ważki i wiecznie aktualny, poruszenia godzien! Drogie Inkoholiczki-Książkoholiczki i Fangirle wszelkiej maści – dziś coś dla Was. Jak uczyła mistrzyni Danuta Norek – kobieta już tak ma, że wychodzi za mężczyznę, przy którym czuje się bezpiecznie, a zdradza z tym, przy którym czuje się niebezpiecznie. Dzisiaj będzie o tych pierwszych – idealnych popkulturalnych kandydatów na małżonków. Marzenie każdej spragnionej ciepła domowego ogniska fangirl.

Kolejność losowa, nie ma faworytów – wybór należy do Was, drogie Panny!

Kto na pierwszy ogień? Nie kto inny, jak… Czytaj dalej

„I wrzucą was w ogień”, czyli WON mi stąd z tą zoną!

Zzzzzimno… <szczęka zębami> zzzzimno, panie, na tym świecie się zrobiło. Pamiętacie „Dopóki nie zgasną gwiazdy”, lodowe, mrożące mięsko do samej kości postapo Patykiewicza? Dzisiaj przed Wami druga część tego chrupiącego kostkami lodu i rozwichrzonego śnieżycą cyklu.

city_small

Powiem szczerze tak gwoli wstępu, że się nie spodziewałam zupełnie kontynuacji tego cyklu. Naprawdę. Pierwsza część miała kompozycję tak doskonale półotwartą, że wręcz przez myśl mi nawet nie przeszło, że Autor może zechcieć ją znów na siłę otwierać i rozwijać. Nawet w drugą stronę – miałam do niego ogromny szacunek, że umiał wszystkie składniki powieści odpowiednio wyważyć, zakończył niby zamknięcie a jednak otwarcie, dał rozwiązanie, ale pozostawił lekki niedosyt… To było doskonałe miejsce na zakończenie. Czytaj dalej

„Kameleon”, czyli co się stało z Ekspedycją K.?

Ja już tak mam jakoś z Kosikiem, że mi liczne liczne niebotyczne przeszkody na drodzę stają, jak się za niego biorę. Ciekawa z nim sprawa – jest to, panie, autor, którego czyta mię się raczej ciężej niż lżej, jednak nie chcę, nie chcę się zatrzymać i prę do przodu, bo ciekawość zżera. Pan Kosik bowiem ma niezwykły dar, który moim zdaniem jest po prostu zupełnie i kompletnie wrodzony i nie do nauczenia – dar wprost zajedwabistych pomysłów.

19145924_1384899168266035_7181073891706244620_n

Za sobą mam „Vertical”, które łepek mój wynicowało na lewą stronę, a potem nazad, obiło mnie po mordce, porzuciło olśnioną w deszczu i się skończyło. A jak się się sprawa ma się z „Kameleonem”?

Czytaj dalej

„Wszyscy patrzyli, nikt nie widział”, czyli karty w dłoń, szulerze!

Chodzę sobie po Warszawskich Targach Książki, chodzę. Latam jak mucha od stoiska do stoiska, tu się obślinię, tam się obślinię. W końcu zawiało mnie na stoisko Sine Qua Non, mojego najpierwszego współpracownika, który nadzieje swe w blogu pokładł, jak jeszcze Inkoholiczka była łysym i bezzębnym internetowym noworodkiem. Podchodzę, dzień dobry, dzień dobry, ja pani taka i taka, co tam słychać, jak żyjecie. I tak od słowa do słowa przemiły brodaty Sinekłanonowy Pan uzmysłowił mi, że w swojej wiedźmińskiej duszy dopuściłam się haniebnego zaniedbania i pominęłam pewną ważną premierę – „Wszyscy patrzyli, nikt nie widział” Tomasza Marchewki. (Tego samego Marchewki, który w scenariuszu growym swe pisarskie paluszki był maczał). Panie, mówię, z nieba mię pan spadłeś, ja to muszę jak najszybciej nadrobić! A on HOPS do półki i oto w rękach mych się znalazło takie przemiło chropawe cudo:

19511200_1402227413199877_1383675697864859462_n

Czytaj dalej

Siostry, ogień napalono!, czyli świętojańskie opowiadanie

– Babko Sobótko! – nawoływanie rozdarło ciszę. – Babko Sobótko, jesteście tam?
Gromada odświętnie ubranych dziewcząt stała przed wejściem do chatki na skraju lasu. Tłoczyły się jak stado kokoszek, rozchichotane, wyczekujące. Ta poprawiała czerwone kokardy na warkoczach, owa podwinięty rąbek białej sukienki. Na głowie każdej z nich pysznił się świeżo spleciony wianek. Najwyższa, stojąca na przedzie, dzierżąca mały, wiklinowy koszyk, nawoływała niestrudzenie.
– Babko Sobótko! Antypecik i bartkę miodu śmy przyniosły! To ja, Mirka Bartniczanka!
W głębi chaty coś się poruszyło i wyszła z niej zasuszona, zgarbiona staruszka. Siwy, długi warkocz zwieszał się smętnie z jej ramienia, a wodniste, błękitnawe oczy potoczyły nieprzytomnym wzrokiem po dziewczętach. Kuśtykając podeszła do dziewczyny i wyciągnęła rękę po koszyk.
– Proszę, niech babka podje, matuś mnie wysyłają. – powiedziała dziewczyna. Jej towarzyszki obserwowały zza pleców staruszkę i szeptały coś między sobą chichocząc.

Sobótka wzięła koszyk, odsłoniła serwetę i wciągnęła zapach świeżo upieczonego pasztetu z zająca. Świetna była gospodyni z tej bartnikowej. Kiwnęła głową w podziękowaniu i naraz zupełnie znieruchomiała. Wzrok nieprzytomnych oczu potoczył się po wiankach, pysznych czerwonych koralach, białych halkach i ślicznych bucikach. Poorana zmarszczkami twarz rozpromieniła się.
– Dzisiaj przyjdzie Sieciech! – obwieściła ochrypłym głosem zbitym w gromadkę dziewczętom. Trajkotania ucichły, popatrzyły po sobie bez słowa.

***

d0bad183d0bfd0b0d0bbd0b0-d0b3d0b0d0b4d0b0d0bdd0b8d0b5_d0bdd0b0_d0b2d0b5d0bdd0bad0b0d185-2008-d0b4d0bed181d0bad0b02cd0bcd0b0d181d0bbd0be1 Czytaj dalej

„Przez Stany POPświadomości”, czyli o plemionach z pogranicza fikcji i realu

Boje się pisać o książce Ćwieka bo tej całej okołoblogowej akcji, ale podejmę ryzyko! Dawno o tym panu na inkoblogu nie było, a tu przecież jeszcze troszku książek jego nieprzeczytanych mię zostało. Tym razem więc żadnych przystojnych nordyckich bogów, żadnych ryczących motorami Chłopców, żadnych wróżek, w które lepiej żebyś wierzył, żadnych oślizgłych od smogu GrimmCities ani stukoczących obcasami Czerwonych Kapturków. Tym razem poznamy pana Ćwieka w jego własnej, kudłatej osobie, nieskrytej za zasłona żadnego bohatera. Przed Wami „Przez stany POPświadomości”.

route-66-392753_1280-1024x682

Osochozi? Już wyjaśniam. Choziotrase po Zjednoczonych Stanach USAmi zwanych, na którą pan Ćwiek się był wybrał wraz z doborowych gronem kamratów tropicieli wszelkich miejsc okołopopkulturalnych, których to miejsc Ci w Hameryce dostatek. Po schodach jak Rocky wbiec, na ulicach Filadelfii jak Springsteen zaśpiewać, w Dakocie wizytę panu Diablo złożyć, na Strawberry Fields łzę uronić, Kinga i jego kotka odwiedzić, HouseofCardsowy Waszyngton ujrzeć, Walking Deads z łańcucha spuścić, zjeść nowojorskiego hot doga, usiąść na schodach szeryfa Hooda… Słowem wycisnąć jak cytrynkę amerykański sen szklanych ekranów konsumowany przez lata. Wycisnąć, ale nie jak turyści, którym do szczęścia potrzeba jedynie CYK! zdjęcia w strategicznym miejscu, TRACH! autografu i HOP SIUP, jadymy dalej, bo panie jeszcze tyle miejsc do stanięcia w nich na 10 sekund.

18527746_1353297588092860_2093435706977442038_n

Ta ekipa jest inna. Bada plemiona żyjące na pograniczu realności i fikcji – ludzi dla których te wszystkie fanowskie mekki to szare siedlisko codzienności. Bileterki z miasteczka Salem. Sąsiadów Kinga. Faceta w kaszkiecie sprzedającego pamiątki. Kelnerki w barze z ulubionego serialu, obsługującą codziennie dziesiątki jego fanów. Wszystkich tych, którzy tworzą klimat tego miejsca, którzy (uch, to zabrzmi hipstetesko) znali je zanim było modne, patrzyli jak kultura tworzy się na ich oczach i żyją sobie spokojnie w tej barwnej, roztętnionej fanami rzeczywistości.

18447495_1354276397994979_5748979438449677151_n

Mnóstwo zdjęć _kreski, wtręty Bartka Czartoryskiego, cała Teklakowa działka w tym jego charakterystycznym, niepodrabialnym stylu… Ćwiek nie stoi jak Stuhr przy mikrofonie i niech mię który przegoni, on bardzo chętnie dzieli się kartkometrażem i dzięki temu ten zapis z podróży stał się dużo pełniejszy, wielogłosowy. Czytasz kolejne anegdoty i masz wrażenie, jakbyś dosłownie tam była, podróżowała z nimi, ich wspomnienia stają się Twoimi wspomnieniami. I to jest cały problem z tą książką. Blogerzy pieją, że umierają z zazdrości, bo za taką trasę chyba każdy fan popkulturowo dobrze odżywiony dałby się pokroić na cienkie plasterki. I prawda. Ale to nie chodzi tylko trasę. Chodzi o tą konkretną ekipę, która wydaje się być tak barwną suspisious party, że aż chciałabyś być jej częścią. I potem chodzisz sobie po Warszawskich Targach Książki i widzisz pierwszy raz na własne oczy Ćwieka. Wygląda nieco inaczej niż go sobie wyobrażałaś, ale bez wątpienia jest to on w swojej własnej, kudłatej osobie. I w jednej chwili przypominają Ci się te wszystkie anegdoty, te przytoczone wspomnienia, te zdjęcia, gagi, akapity, rozkminy… I Ćwiek, którego wydaje Ci się, że znasz, mija Cię wgapiony w telefon, bo coś tam sobie akurat sprawdza, a Ty przystajesz jak wryta. I myślisz sobie – mogę ruszyć za nim, zakłócić po bezlitośnie fanowsku jego wolny czas i zacząć zachowywać się tak, jakby książka była jakimś pełnym zwierzeń smsem (czasem mam wrażenie, że wielu czytelników tak ma). Ale mogę też uśmiechnąć się, dokończyć „Przez Stany…”, napisać recenzję… I żyć, pracować tak, żebym to ja kiedyś kogoś tak minęła, a ten ów czytelnik stanąłby jak wryty, a potem zniknął – niezauważony i… zainspirowany.

 

 


Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non.
my9zw6mw

Lolita, czyli genialne to czy chore?

„Lo-lee-ta. Ogień moich lędźwi.”- i już czujesz się nieswojo. Klasyka, prawdaż, klasyką ale temat jest jednak trudny. Nie bez powodu wydawca polecił Nabokovowi pierwszy maszynopis zakopać głęboko i nigdy nie odkopywać. Jednak! Mimo zniesmaczeń tych, którzy nie czytali i wyżej wymienionemu panu wydawcy – „Lolita” rozsiadła się na podium ścisłego topu klasyki światowej wszech czasów. Dlaczego? Genialne to czy chore?

Czytaj dalej

Fantastyka najwyższej próby, czyli Meekhanu ciąg dalszy

Inkoholicy, czy Wy też tak macie, że książka, którą przeczytaliście pierwszy raz na przykład na wiosnę potem Wam w duszy co roku gra? Jak tak nie macie, to przynajmniej udawajcie, niech Inkoholiczce będzie miło, że nie tylko ona! 😀 Otóż prawdziwym błogosławieństwem jest stan, gdy owa książka jest początkiem cyklu i w każdej chwili możesz do niego wrócić. Wtuliłam się więc znów w fantastyczne objęcia Powergraphu i wróciłam w objęcia Wegnera.

IMG_1219

Czytaj dalej