Piraciskaraibów i Salazar co się mścił, czyli kocham moją mikrofalówkę

Bardzo to miłe uczucie dla takiej starej baby jak Inko pójść sobie do kina na nowych piratów z Karaibów. Naprawdę bardzo, zważywszy na to, że premiery pierwszych części były przecież tak, tak niedawno… <ociera spod oka łzę wzruszenia a nad losem zadumania> Zebrała się więc Inko do kupy, wzięła ją pod pachę przyjacielska brać i zaniosła na salę projekcyjną i hajda w dół, jadymy.

tumblr_oky4m1cnoo1s2kuhmo3_500

Mówią, że Dead Man Tells No Tale, a okazuje się, że taki Dead Man ma jednak bardzo wiele do powiedzenia. Szczególnie, że osią tej historii jest znów, a jakże, nie kto inny jak Najgorszy Pirat O Jakim Słyszeliśmy Jack Sparrow vel Jacuś Wróbelek. (Wybaczcie mi głupie żarty, jestem w przededniu pierwszego egzaminu, a do końca jeszcze daleko, więc muszę jakoś odreagować! :D)

tumblr_inline_o0dt6qp4wg1srob4n_500

Czytaj dalej

Łabędzi szał ciał, czyli dlaczego Inkoholiczka kocha balet

Wiem, że rozrzut tematyczny mam jak ruska Katiusza. Ale co ja poradzę, że filozofię umysłowego płodozmianu wyznaję i naprawdę różnorodność kocham. Więc spośród Meekhańskiego stepu z objęć Wegnera się wymykam w noc ciemną i lecę na balety. Dosłownie.

the-st-petersburg-ballet-swan-lake-swans-duo_lr-660x330

Pokutuje w łebkach ludności wszelakiej pewno konkretne, dość z resztą niepochlebne zdanie na temat baletu. Robi się z niego cierpką kawę dla prawdziwych koneserów, stawia na równi z najpiskliwszymi operami i ogólnie odgania się go od uwagi jak natrętną muchę słowami „to nie dla mnie”. Ewentualnie posądza się jeszcze baletmiostrzów o orientację homoseksualną, bo jak wszyscy dobrze wiedzą, opięte gacie są niepodważalnym jej dowodem. Bullshit na bullshicie i bullshitem pogania. Ja właśnie dzisik panie wieczorem te wszystkie pokutujące przekonanioduszyczki zamierzam wyzwolić i pozwolić im latać wokół żyrandola ile im się żywnie będzie podobało. Bo ja, moi Drodzy, balet uwielbiam. (Uwaga! Tekst jest pisany grubo po 22 i to na powystępowym haju).

Czytaj dalej

Wiosna wkoło, „a lasy wiecznie śpiewają”, czyli Inkoholik – ludowiec

Jestem panie ludomanem. Nie mylić proszę z Ludo Bagmanem. Jestem ludomanem odkąd w klasie maturalnej albo jakiejś  z innej czytałam na wiosnę utwory młodopolskie. „Chłopi” odcisnęli się na moim inkomuzgu, który wtedy inkomuzgiem jeszcze nie był, słodkim małorolnym piętnem w walonki obutym. Piętno owo skutkuje tym, że na wiosnę zachowuje się jak Pan Sułek – ludowiec, który nie przyjmuje do wiadomości, że życie na wsi to głównie ciężka praca i skupia się wyłącznie na tańczeniu boso obertasa, spacerach po łonie natury, rozmawiania z krowami i krzyczeniu: Hejjjjj! Czytaj dalej

10 życiowych zasad dona Corleone, czyli czego uczy Ojciec Chrzestny

Dzisik, moi Drodzy Inkoholicy, zapoznam was z ekstraktem z pewnej klasycznej dość pozycji, przepuszczonej przez gęste sito mej subiektywności. Będzie o tym dlaczego Lord Voldemort jest samolubem, o Marii Teresie II, która jak już zaczęła rodzić to nie mogła przestać, o Claire równie bezlitosnej co Francis, nerwowym żłopaniu wody i, co najważniejsze, o Ojcu Chrzestnym! Przed Wami 10 życiowych mądrości, jakie zaserwowała mi ta lektura.

the_godfather

Czytaj dalej

„Dzień dobry, Północy”, czyli gdzie jest Dom astronauty?

Oto chałupniczo stworzony gif. Jest on krzywy, rozciągnięty jak żaba na boki i raczej tęgawy. Stworzony on został przeze mnie w celu przynajmniej-śladowego-pokazania Wam jak cudownie na okładce Drogę Mleczną Czarna Owca przedstawiła. Cudo okładkowe wprost. Bo Inkoholiczka ma na punkcie kosmosu fioła niebywałego i kiedy łączy się go z drugim fiołem – Północą, a przy tym tak cudnie wydaje, to robi się z baby taran nie do zatrzymania. To nie ma nic wspólnego z treścią wpisu ani książki, ale musiałam się byłam gdzieś tym zachwycić :3 No paczciepaczciepaczcie:

mute_20170118_152651

Uff! <wachluje się i zbiera do kupy!>  A teraz do rzeczy! Do ad remu, Drodzy. „Dzień dobry, Północy” – warto piać? Warto, choć sytuacja jest złożona. Tako się przedstawia:
Rusza misja NASA na księżyce Jowisza. Piątka wybrańców-astronautów, którzy przejdą do historii i staną na piedestale obok Gagarina i Armstronga. Wśród nich jest Sully, samotny, międzygwiezdny Robinson, która poświęciła w swoim życiu wszystko, na czele z rodzinnym szczęściem, by znaleźć się tu gdzie jest. Siłą rzeczy (a raczej – siłą odległości) przez pewien czas z Ziemią nie mają kontaktu, na szczęście misja przebiega jak najlepiej, więc zwijają międzygwiezdne manatki i przy dźwiękach wesołej muzyki ruszają do Domu. I tutaj pojawia się problem – już dawno są w miejscu, w którym powinni nawiązać łączność, a Ziemia uparcie milczy. Cisza na wszystkich pasmach, nawet żadnego zbłąkanego skrawka serialu z telewizji satelitarnej. Ziemia zachowuje się tak, jakby przetoczyła się przez nią pod ich nieobecność jakaś olbrzymia magnetyczna burza.

pia18905_ip

Czytaj dalej

Panie, nie fajdaj mi pan na ideały!, czyli nie-recenzja LaLaLand

Miała być recenzja „La La Land”. Ale nie będzie. Smok nie przyszedł, bo nie zdążył, więc w rozpaczy się pogrążył. Do kina się poszło, film się obejrzało, ale z filmu się wyniosło coś zupełnie innego niż to, czego się oczekiwało. W innych recenzjach poruszano ważkie i poważne tematy – zawartość musicalu w musicalu, porównanie z innymi musicalami, musica w musicalu śpiew i tańczenie, fabuła plot i jak zrobione i bardzo dobrze albo bardzo źle i iść do kina albo nie iść. A dla mnie to całe tańczenie, śliczne oczki Emmy Stone i gustowne buty Ryana były jedynie… Przeszkodą. Przeszkodą we wczuciu się w pewien bardzo ważny i bardzo bolesny w dzisiejszych czasach temat, który w La La Land się pojawia i mam wrażenie, że niewiele osób poruszył. A mnie poruszył.

la-la-land-watching-04-videosixteenbyninejumbo1600 Czytaj dalej

♪ Czytać to nie znaczy zawsze to samo, czyli 4 zmiany, do których musiałam dojrzeć

 

SAM_3361

Po pierwsze – przestań gonić.

Tym razem chodzi mi nie o tempo czytania, bo każdy ma indywidualne, ale o tempo MYŚLENIA. O co chodzi? Już tłumaczę. Sama często łapałam się tym, że biegnąc po literkach jednej książki już myślami planowałam, co tu będzie zaraz drugie, a w ogóle to recenzje i terminy i stosik stygnie… Zaraz. O czym był ten ostatni akapit? I tak w koło Macieju, bo przy następnej myślałam o jeszcze następnej, a jednocześnie w głowie już planowałam sobie recenzję i nieustannie sama siebie popędzałam. To kompletnie zabijało radość z lektury i robiło ze mnie racjonalną bezemocjonalną maszynkę do czytania. Po kilku porecenzyjnych kacach powiedziałam wewnętrznej Inkoholiczce STAAAHP! i postanowiłam zarówno pisać, jak i czytać maksymalnie po swojemu.  I koniec.

DSCF9266

Po drugie – masz jedne oczy.

To brzmi szumne, ale taka jest prawda. Czasem po prostu szkoda mi moich na niektóre książki, bo tyle jest cudów do przeczytania. A i tak z racji pracy i blogowania bardzo dużo czasu spędzam przed komputerem. Co zrobić poza jak najlepszym oświetleniem, stawianiem na zwykły papier a nie czytnik i robieniem w czytaniu przerw? Rozmawiacie z pisaniomaniaczką, u której co w sercu do na piórze – dobrze jest opracować sobie listę książek, za które chcecie się zabrać. Wtedy nigdy nie będziecie narzekać na niemamcopoczytaćizm. Ja mam w telefonie kilka list, a zawsze, gdy ktoś poleca mi jakąś ciekawą książkę, od której aż świecą mu się oczy – od razu zapisuje. Dzięki temu uzbierała mi się naprawdę pokaźna lista książek, które CHCĘ a nie MUSZĘ przeczytać. Stąd moje wyciszenie w sprawie Wydawnictw, z którymi współpracuję – po prostu teraz chciałabym poświęcić trochę czasu moim „pułkownikom”, które wołają mnie od dawna wielkim głosem, a na uwagę zasługują z pewnością. Recenzje to mocno obciążające teksty, bo za każdą z nich stoją godziny lektury i analizy każdej z książek. Pora teraz na więcej tekstów okołoliteraturowo luźniejszych – będzie Pan zadowolony, żona też będzie zadowolona! 😉

fantasy

Po trzecie – łap okazje, gdziekolwiek je znajdziesz. Albo lepiej – sam ich szukaj. Ale nie kosztem ludzi.

Skąd ty masz tyle czasu na czytanie? A jak na studiach, jeszcze dajesz radę? No co ty, studiujesz, pracujesz i masz czas na czytanie? O, a ty jak zwykle z książką, co teraz czytasz? Takie grube? Jak ty się wyrabiasz? – bardzo często słyszę takie pytania. I sprawa jest prosta – ja czasu nie mam. Ja czas sobie biorę. Zauważyłam, że bardzo dużo minut dziennie przepływa mi przez palce tak po prostu, nie wiadomo gdzie. Czekam godzinami pod dziekanatem, na autobus, na wizytę u lekarza… A jak do tego dojdzie, że nie mam  problemów z czytaniem w trakcie podróży samochodowej, to tego czasu sumarycznie robi się naprawdę dużo. W związku z tym po prostu nie ruszam się z domu bez książki i po parę minut, po parę minut i książki się po prostu same wsuwają. Bardzo, bardzo rzadko mi się zdarza, że po prostu siadam w domu i czytam z namaszczeniem. Książki raczej są dla mnie przerwą, a nie pracą. ALE. Jest jeszcze jedno zjawisko, które tutaj chciałabym poruszyć. Nie ma sensu stawiać książek wyżej niż ludzi. I słyszycie to z ust narcyza, który chciałby życie przesiedzieć pod kołderką z gorącą czekoladą, książką pod nosem i miękkim kotkiem pod ręką, a wszystkie imprezy na których był mógłby zliczyć na palcach jednej ręki. I to jest prawda, że jak ktoś woli w domowym zaciszu sączyć winko w towarzystwie przyjaciela, to nie powinien się zmuszać do dzikich otrzęsin w klubie ImprezowyWładzio. Ale rzadko kiedy stawianie książek ponad owymi przyjaciółmi i rodziną się sprawdza. Wiadomo, każdemu należy się chwila relaksu, ale jak kolejny raz widzę memowe zdanie „Nie mam czasu na życie, wolę czytać książki”, albo „Nie ma przyjaciela lojalniejszego niż książka”, to… Nie, nie trafia mnie atramentowy szlag. Po prostu się mi się robi smutno.

DSCF9272

Po czwarte – pamiętaj. To przyjemność, nie wyścigi.

Ile książek czytacie miesięcznie? A ile stron na godzinę? A na minutę? A na sekundę? A mikrosekundę? A na czas Plancka? A jakby Was tak podwiesić za szlufki od jeansów u powały i zacząć kręcić Wami jak bąkiem to ile byście przeczytali? Hę? No co wy? Tylko 100 stron? Ja bym przeczytała co najmniej 918346 ! Tyle co Wy to ja w przedszkolu czytałam i to stojąc na rękach! Znacie takich ludzi? 😉
To nie wyścigi ani bitwa o Złotą Patelnię. Jeszcze rok temu nie traktowałam czytania jako hobby, tylko jak coś zupełnie obligatoryjnego. Takiego jak, no nie wiem, oddychanie. Nie istnieje pytanie „czy lubisz czytać”, istnieją tylko „jaką literaturę” i ewentualnie „czy czytałeś……..(tu wstawić jakiś tytuł, najlepiej superambitny, żeby sobie nie pomyślał, że Sadze o Ludziach Lodu spod ogona wypadłaś)”. I to jest dość nawet ciekawy mechanizm, który wewnątrz Inkogłowy zaszedł, bo im więcej wiem w danej dziedzinie, tym szersze mam horyzonty i tym łagodniejsza jestem w ocenie rejonów, które ja sama mało lubię, ale wiem, że mają swoich fanów. I teraz, kiedy spotkałam tylu ciekawych ludzi, którzy czytają bardzo mało książek a nie czyni ich to w żaden sposób mniej interesującymi, nie tak śpieszno mi wygłaszać rozmaite książkonazistowskie hasła (wiecie, te wszystkie, że jak nie czytasz to weź wyjdź, bo mi się niedobrze robi jak można być tak niedouczonym). Nie tak śpieszno, bo może będę miała z tą osobą faktycznie mniejszy procent pokrewieństwa dusz, ale za to posłucham i o jego pasji. Jakiejś innej…

DSCF9268

Choć wiadomo, że wielogodzinne okołoliteraturowe dywagacje to nadal to, co Inkoholiczki lubią najbardziej! 😀