Book soundtracks #2: gdyby science-fiction było muzyką

Patrzę na stronę główną Inko i nie mogę się nadziwić, jak ostatnio się na niej serialowo zrobiło – a przecież nie samymi oczami odbiera człowiek! Ma on kilka całkiem potrzebnych zmysłów i, co więcej, każdy z nich można kulturalnie dopieścić. Dzisiaj więc słuchawy na uszy, moi Drodzy, bo zabieram Was na wyprawę w kosmos. Muzyka elektroniczna ma to do siebie, że spuszcza wyobraźnię ze smyczy całkowicie. Polecicie z prędkością światła przez gwiazdy. Muśniecie Jowisza, posurfujecie po pierścieniach Saturna, pogłaszczecie gwiazdozbiór Lwa po grzywie, pomkniecie w dal… A kto wie? Może dotrzecie do krańca naszego wymiaru?…

surfing-astronaut-under-the-colorful-night-sky-digital-art-hd-wallpaper-1920x1080-2150

Czytaj dalej

Reklamy

“Bagno szaleńców”, czyli kobieta zatargała mnie za kudły w głąb Zony

Z postapo jakoś nigdy nie było mi po drodze. Naprawdę – hermetyczne odmęta sci-fi oraz
magioimieczowe klasyczne fantasy zaspokajało moje potrzeby w zupełności – na co mi te stalkery, Czarnobyle, eeee! Idź mię pan w zonę. Poza tym, jak mówiłam około tysiąca razy, jestem absoltnie anty-wyznawcą wszelkiej maści horrorów kierując się logiczną zasadą, której nauczył mnie był mój kolega ze szkolnej ławy: “po co ja mam fim oglądać, jak już plakatu się boje?”. W efekcie dostojnym krokiem sędziwego mutanta mijałam wszelkie postapowe klimaty szerokim łukiem i tylko od czasu do czasu na
jakimś konwencie zachwyciłam się, focąc, oporządzeniem tego i owego. Do czasu aż pewna stalkerka w masce gazowej typu buldog (tak, do Ciebie mówię, Słowacja) nie zaczęła mi jojczeć nad uchem: Eeeeej, weź zrecenzuj najnowszą zonę, proszęproszęproszę. A ja serce mam, jak wiecie, gołębie, poza tym trochę się bałam odmówić lufie Zbawiciela przystawionej do czoła, i tak oto “Bagno szaleńców” zagościło na mym warsztacie.

30085917_1928581553821047_2433232636861218816_n Czytaj dalej

„Wyspa”, czyli jak Islandię od świata odcięli

Pewnego dnia czas w Islandii staje w miejscu, gdy nagle wysiada łączność. Wszytskie 4 kable podmorskie, łącznie z tym tajnym wojskowym, satelity, internet, maile, telefony, NIC. Statki, samoloty, helikoptery nie wracają. Islandczycy zostają zdani sami na siebie i nagle przypominają sobie, że są na samotnej wysepce pośrodku rozszalałego oceanu. A czasy się zmieniły, nie są już tym samym  ludem co przed laty, poznali już kontynentalne życie. Co się wtedy z nimi dzieje?

Przed Wami political fiction… Lub, jak kto woli, SF z gatunku tych „tuż za rogiem”. To się może wydarzyć przecież w każdej chwili.

Bjornsdottir_Wyspa_mi Czytaj dalej

„Artemis”, czyli Mary-Sue baluje na Księżycu

Widzicie to nazwisko na okładce i przed oczami staje Wam prawdopodobnie nie kto inny jak osamotniony Matt Damon sadzący ziemniaki na marsjańskim pustkowiu. Przyznam szczerze, że książki „Marsjanin” nie czytałam, jakoś ten szał dopadł mnie dopiero przy ekranizacji. Całkiem mi się podobała ta historyjka, całkiem przyjemna poza paroma bublami, które nawet ktoś z takim debetem wykształcenia fizycznego dojrzał. Jak rzecz ma się z przepięknookładkową „Artemis”? Otóż uczucia mam ogromnie ambiwalentne.

25348760_1549752321780718_289834985034979046_n

Czytaj dalej

9 powodów, żeby szorować do kina na najnowsze Star Warsy, czyli Porgi, nowe wątki i B.S. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Po pierwszych seansach drugiej części trzeciej trylogii (ta wyliczanka rodowa to celowo, żeby podkręcić powagę sytuacji) blogerska sieć równie uroczo co typowo raczyła się była spolaryzować na dwa kłapiące na się zębami obozy. Jeden z nich uważa, że wspanialsza od The Last Jedi może być tylko wanna pełna miodu i orzeszków, a drugi – rozczarowanie życia, śmiech na sali, plucie popcornem i w ogóle zabijcie mnie. Osobiście uwiłam sobie ciepłe gniazdko w samym, środku obozu numer jeden, gdzie otulona w koce planuję kolejne seanse TLJ. Dlaczego uważam, że w podskokach winniście, Inkoholicy, szorować na najnowszych Star Łorsów część? Otóż powodów jest ku temu co najmniej dziewięć. A może i więcej.

Czytaj dalej

„Różaniec”, czyli Zajdel byłby z Kosika dumny

Mam dla Was protip prosto z ostatniej chwili. Jeśli macie w głowie jakiś wspaniały, nowatorski, zupełnie niepowtarzalny pomysł na powieść SF, która z samej racji swojej kreatywności wyniosłaby Was na szczyty najlepszych pisarzy… Piszcie, spiszcie i wydajcie to czym prędzej. Jak najszybciej. Kosik już-już za chwilę też to wymyśli i Was wyprzedzi. Mówię Wam. Wyprzedzi na ostatniej prostej. Śpieszcie się pisać SF, Kosik tak szybko wyprzedza! 😉

Czytaj dalej

5 typów konwentowiczów, czyli co dla kogo na FALKONie

Sztandarowy lubelski konwent zbliża się wielkimi krokyma. Brunetce na plakacie już powiewają włosy, Cytadelo-Syriuszowcom praca w rękach się pali, konwentowcy wysupłują ze swych kieszeni wszelkie gromadzone tam miesiącami drobniaki i powoli zaczynają się porządnie emocjonować. No właśnie – konwentowcy. To uczestnikami stoi każdy tego typu event – fanami właśnie. A kto po konwentach szlaja się, włóczy i wałęsa nałogową mniej lub bardziej, zobaczy na każdym z nich kilka gatunków fantastów w ich naturalnym środowisku. Zapraszam dzisik na wycieczkę  z kamerą  z piórem z klawiaturą wśród Falkonowej dżungli. Dla każdego z nich mam garść subiektywnie wybranych z programu propozycji – a nuż coś przedstawicieli zaciekawi! 😉 Także każdemu według potrzeb, wiśta wio, jadymy.

FALKON620x320

Czytaj dalej

Polcon, czyli konwentowe Tchnienie Wschodu

Wstyd się przyznać, ale o Polconie w Lublinie dowiedziałam  się z ust miłej pani Fabrykosłownej na Warszawskich Targach Książki. I natychmiast popadłam byłam w otchłań mięciutką samozachwytu, że oto Kozi Gród w swych progach gości tak znamienitych gości. A dzisik zapraszam Was na zdjęcia z owego wydarzenia, które oddają moje mocno detaliczne podejście do fotoreportażu. 😀

dsc_2617_zpseqqnk73t

Czytaj dalej

„I wrzucą was w ogień”, czyli WON mi stąd z tą zoną!

Zzzzzimno… <szczęka zębami> zzzzimno, panie, na tym świecie się zrobiło. Pamiętacie „Dopóki nie zgasną gwiazdy”, lodowe, mrożące mięsko do samej kości postapo Patykiewicza? Dzisiaj przed Wami druga część tego chrupiącego kostkami lodu i rozwichrzonego śnieżycą cyklu.

city_small

Powiem szczerze tak gwoli wstępu, że się nie spodziewałam zupełnie kontynuacji tego cyklu. Naprawdę. Pierwsza część miała kompozycję tak doskonale półotwartą, że wręcz przez myśl mi nawet nie przeszło, że Autor może zechcieć ją znów na siłę otwierać i rozwijać. Nawet w drugą stronę – miałam do niego ogromny szacunek, że umiał wszystkie składniki powieści odpowiednio wyważyć, zakończył niby zamknięcie a jednak otwarcie, dał rozwiązanie, ale pozostawił lekki niedosyt… To było doskonałe miejsce na zakończenie. Czytaj dalej

„Kameleon”, czyli co się stało z Ekspedycją K.?

Ja już tak mam jakoś z Kosikiem, że mi liczne liczne niebotyczne przeszkody na drodzę stają, jak się za niego biorę. Ciekawa z nim sprawa – jest to, panie, autor, którego czyta mię się raczej ciężej niż lżej, jednak nie chcę, nie chcę się zatrzymać i prę do przodu, bo ciekawość zżera. Pan Kosik bowiem ma niezwykły dar, który moim zdaniem jest po prostu zupełnie i kompletnie wrodzony i nie do nauczenia – dar wprost zajedwabistych pomysłów.

19145924_1384899168266035_7181073891706244620_n

Za sobą mam „Vertical”, które łepek mój wynicowało na lewą stronę, a potem nazad, obiło mnie po mordce, porzuciło olśnioną w deszczu i się skończyło. A jak się się sprawa ma się z „Kameleonem”?

Czytaj dalej