Kaweco Sketch Up, czyli piszem po hamerykańsku

Jeśli istnieje inna rzecz, którą pisze mi się równie wygodnie, szybko i gładziutko jak dobrze dobranym piórem wiecznym, to jest nią ołówek. Jak więc nietrudno się domyślić, jest on moim stałym, piórnikowym towarzyszem już od zamierzchłych czasów pacholęcych. Do tej pory prym wiodły niezawodne, ukochane i najlepsze Faber-Castelle o nieprzyzwoicie wręcz fantastycznej miękkości 6B. Mięciutkie jak kocie futerko, lekkie, smukłe i zamierzam o nich napisać kiedyś jakieś peany heksametrem, bo zasługują. Ale! Śmierci i ołówkom Faber-Castella mówimy NOT TODAY. Bo jestudej będziemy zajmować się innym grafitonośnym stworzonkiem. Przed Wami oto Kaweco Sketch Up!

dsc_1123_zpsre55kwjh

To znaczy to było samo pudełko. Kaweco jest o tutaj o!

dsc_1127_zpsm82nfqnw

Co to jak to czym to się je?

Czytaj dalej

TWSBI Vac Mini, czyli wisienka na tłisbiaczkowym torcie

Tytuł pseudoeksperta do spraw piórek TWSBI uzyskałam przez prosty mechanizm zasiedzenia, serii fortunnych zdarzeń i wielkiemu sercu Daniela z f-pen.pl. Kolejnymi dostępnymi w Polsce wyrobami tej tajwańskiej firmy raczę Was dość regularnie od jakiegoś czasu; dziś pora na wisienkę na tym czerwonoczapeczkowym torcie. Czego jeszcze nie było? Co kryje się w kolejnym, charakterystycznym, tekturowym pudełeczku?

dsc_1139_zpsgtw7tlts

Oczywiście TWSBI Vac Mini!

dsc_1140_zps295elrcb

Vac, jak wszyscy wiedzą, jest oczywiście skrótem od Very Attractive Cabbage, ale jeszcze do tego wrócę, coby niektóre kwestie dościślić. Jak pióreczko wygląda? Na pierwszy rzut oka podobnie do 580tki. Ale podobnie do 580tki wygląda podobnie na pierwszy rzut oka dokładnie każde pióro TWSBI, skupmy się więc na drugim, trzecim i dziesiątym rzucie paczałką, czyli różnicach, a może tym, co Vaca czyni wyjątkowym. I mowa tu nie tylko o czarnej pupci. Czytaj dalej

Pelikan Edelstein Sapphire, czyli lekarstwo na niezdecydowanie

W serii Edelstein zdecydowanie dużo jest niebieskości. Tu uaktywnia się podejrzliwość rozkochanego w bordach i zieleniach serduszka – hola, hola, czyżby to nie faworyzowanie? Kiedy jednak bliżej przyjrzałam się każdemu z nich, nawet moje niewprawne oko dostzregło wyraźne różnice pomiędzy nimi. Sapphire ma w sobie nutkę fioletu co mi osobiście bardzo się podoba. No i ta Edelsteinowska butelka, ach :3

Czytaj dalej

Lamy Safari Dark Lilac, czyli tylko krowa nie zmienia poglądów

Kiedy pierwszy raz na oczęta me ujrzała Lamkę Safari (a było to trochę latek temu, kiedy w temacie piór byłam zupełnie bosa i goła), pusty śmiech mnie ogarnął. Były to czasy, kiedy prawdziwe pióro miało krągłości było metalowe, odpowiednio ciężkie i zupełnie klasyczne (serwujemy czerń ze srebrem lub ewentualnie złotem). Patrzyłam na to pisadło i kręciłam z politowaniem głową na tych naiwniaków, którzy ten kumkwat dla ubogich kupują. No bo co to ma być, zapytuje Zgredek, co to ma być? Stylistyka à la spinacz biurowy, jakieś, kurna, okienko do podglądania inkaustu przy pracy? Plastik z napisem jakimś, piórko jak z kiosku Ruchu, No Name za trzy pejsiont? No i tak było, moi Drodzy, tak było. Dopóki na tegorocznym Pen Show nie wzięłam tego piórka do usmarowanej atramentem łapki i nie popisałam chwilkę po próbce papieru. I przepadłam z kredensem. Gdyby sprzedawca sklepu, którego nazwy nie wymienię, nie odszedł gdzieś od swojego penszałowego stanowiska i nie ruszył w tango, nie straciłby klienta. I to myślę że niejednego. Bo tak jak stałam, kupiłabym Lamkę ad hoc.  Ale chłopa nie było, więc z chorobą przewlekłą pozostałam aż do nawiązania współpracy z Pióroteką. Gdyż albowiem kiedy ujrzałam lamkową wersję Darc Lilac, inne w moich oczach zbladły jak Ronaldo na widok Pazdana.

lilac

Czytaj dalej

Pelikan Edelstein Amethyst, czyli obiekt pożądania

Jasny fioletowy z lekką nutą różu – to jest coś, czego w zestawie szlachetnych kamieni do tej pory brakło. Godnie reprezentuje swój gatunek jako Pelikan Ink of the Year 2015. Łaził mi po głowie i byłam go ciekawa od jakiegoś czasu, więc kiedy wpadł mi w łapki miłość do fioletów przeżyła swój gwałtowny nawrót – choć na co dzień preferuję znacznie ciemniejsze sztuki. Można powiedzieć, że wolę, no, te… Brunetki.

Czytaj dalej

Pelikan Edelstein Garnet, czyli płyyynie, inkaust płynie po polskiej krainie

Pelikan Edelstein Garnet został wybrany na króla całej serii w roku 2014 i okrągłe 365 dni nosił koronę z dumną plakietką „Ink of the Year”. Po bardzo udanej Turmalinie i całkiem przyzwitym Amber miał wysoko postawioną poprzeczkę. Tym razem padło na ciemną czerwień. Tu moje rozkochane we wszelkich bordach serce fiknęło entuzjastycznego kozła. Kiedy przyszła zaś próbeczka natychmiast w radosnych pląsach napełniłam pierwsze z brzegu dostępne pióro i jęłam rozpisywać. I ze stalówki lekko z początku przerywanym strumieniem popłynęła bardzo przyjemna czerwień.

Czytaj dalej

Kaweco Sport Classic, czyli małe jest… wytrzymałe!

Słabość do małych piórek mam ci ja nie od dziś. Najpierw Waterman Facette, potem TWSBI Mini i tak pomalutku, po cichutku pióropusz osadzony na kosmatej głowie Pocahontas rozszerza się o kolejne niewielkusie, które między „pełnowymiarowymi” piórami się panoszą się niezgorzej. Tym razem jednak nie jest to coś ani do złotej sukni balowej i kopertóweczki, ani do małej czarnej i satynowej torebeczki. Tym razem to coś, co odnajdzie się z powodzeniem i w plecaczku, i kieszeni spodni, i tajemniczej dziurze w podszewce torby. I o klucze się poobija, i z termicznego kubka cosik na niego kapnie, i w papierzyska się zaplącze, i w pudrze wymaskla, i w portfel zawinie. Coś, co wygrzebiemy ekspresowo z odmętów sakwy i na poczcie pod ostrzałem gadzich oczu urzędniczki, i na spotkaniu Anonimowych Astronautów, i u lekarza specjalisty dentysty chirurga szczękowego, i w sklepie monopolowym jak chcemy popisać po paragonie. Ściślej mówiąc dzisiaj przed Wami piórko, które udowadnia, że małe jest piękne… I wytrzymałe.

Kaweco Sport Classic!

kawecopigoo

Czytaj dalej

TWSBI Mini, czyli szacowny jegomość o wzroście nikczemnym

Małe piórka do małych łapek? Nic bardziej mylnego. Małe piórko i dla pani i dla pana, inteligenta, bałwana, księgowego i Karolka, Róży, Kasi, dziadka Tolka. Do torebki, do saszetki, dla blondyna i brunetki. Spisać sprawki, wykłuć oko – piórko przyda się niecnotom. I tym grzecznym też, hej! Tak więc przed Wami dziś kolejny żeglarz, który do Inkoholiczkowego Królestwa przypłynął na trójmasztowcu prosto z krainy F-pen.plandii – nie kto inny jak TWSBI Mini.

twsbi20mini_zpsu2xtguxp

Czytaj dalej

Clairefontaine Triomphe, czyli gładziutkość aksamitu

Francja, mimo swych kilku niewątpliwych wad, od wielu lat powolutku, po cichutku, ale z godną podziwu wytrwałością rozkochiwuje mię w sobie. Matuszka mi jako pacholeciu serwowała nieustannie jedną z płyt niejakiego chrypkogłosego Garou, sama na tą muzykę ówcześnie chorując. Potem co prawda odrobinkę podrosłam (ale niewiele) i Garuj przerodził się w osobistości pokroju Edit Piaf (su le sjel deeee Pariii, oh fofou, fou fofou, ummm ummm…). Jak widać nauka języka też idzie mi dobrze, umiem przecież już bonżur, pejzaż i dekupasz. Następnie frontalny atak na moje serce przypuścił Wiktor Hugo ze swoją „Katedrą Marii Panny”, zdobył je, zawładnął mną niepodzielnie i panuje do dziś. W związku natomiast z pierzastym aspektem mojego życia – Visvamitra jak zwykle nie zawiódł. Do grona ulubionych inkaustow dołączyło kilka torcikowych sztuk L’Artisan Pastellier Callifolio (uczyłam się pół godziny jak to się wymawia, coby zabłysnąć na salonach). A teraz? A teraz zadość się stanie mojemu galopujacemu papierofetyszowi. Bombowy Daniel zaopatrzyl mnie w pewnien notesik, który na peany najpiekniejsze zaiste zasługuje. Przed Wami Clairefontaine Triomphe.

Czytaj dalej