Pachnidło, czyli „bal zapachów z fajerwerkami wonności”

Lubię zapach sosen. Bardzo ciężki. Na początek odrobinkę łaskocze w nosie, zapraszając figlarnie do zabawy, lecz potem nagle wdziera się dalej ostrym grotem do płuc. Upaja. Tutaj pinie rosną niemalże wszędzie, dlatego unosi się w powietrzu bez przerwy. Właściwie „unosi się” to złe słowo. On spada. Wypełza spomiędzy igieł, z wnętrz szyszek, potem leniwie zsuwa się po pniu i wreszcie układa się na ziemi kłębiąc się za każdym razem, gdy ktoś poruszy powietrze. Najpierw jest go mało, sięga zaledwie do kostek. Ale kolejne pinie rodzą go coraz więcej i więcej… Zlewa się, przepływa głaszcząc nogi ciepłym, duszącym powiewem. Pachnące morze tuż przy powierzchni ziemi.

To fragment z mojego „Atlasu zapachów”, nad którym od długiego czasu pracuję. Wonie da się zobaczyć, poczuć, posmakować, złapać w okowy synestezji i uczynić z tego, ignorowanego współcześnie, zmysłu główne narzędzie percepcji. Pytanie brzmi więc – jak to możliwe, że na „Pachnidło” Suskinda trafiłam dopiero teraz?

pachnidło

Po bardzo dokładnym opisie wszystkiego, co śmierdzi w Paryżu dowiadujemy się gdzie dokładnie narodził się główny bohater „Pachnidła” – Jan Baptysta Grenouille. A rodzi się on na targowisku na Cmentarzu Niewiniątek, w Paryżu oczywiście, w wieku osiemnastym. Już od początku życie nie sprzyja młodemu człowiekowi, albowiem matka postanawia pozostawić go na pewną śmierć wśród rybich flaków, JEDNAK! Podniósłszy ogromny alarm, jaki umieją podnosić tylko zaniedbane noworodki, zwraca on w końcu na siebie uwagę, a matkę posyła na szafot jako zatwardziałą dzieciobójczynię. Dzieciak podróżuje od mamki do mamki i, poza tym, że w ogól nie pachnie, chowa się zdrowo. W dzieciństwie przebył kolejno: odrę, czerwonkę, wietrzną ospę, cholerę, upadek z wysokości sześciu metrów do studni i oparzenie wrzątkiem. Wskutek tych przejść stał się zupełnie niezniszczalny i postanowił nie dać się tak łatwo wysiudać z życia, wiódł więc sobie spokojny, cichy żywot nie wychylającego się, garbarskiego czeladnika. Jan Baptysta Grenouille miał jednak pewną niezwykłą umiejętność, której z tytułu książki bardzo łatwo się domyśleć, a która stała się przyczyną późniejszych ogromnych zmian w historii. Gdy wkroczył pierwszy raz do pracowni perfumiarza Baldiniego, gdy wziął do ręki fiolki z esencjami i zaczął mieszać zapachy – lawina zdarzeń ruszyła i nie mogło zatrzymać go już nic.

giphy

Na „Pachnidło” zachorowałam totalnie, nieodwołalnie i dożywotnio. To jest jedna z tych książek, które sprawiają, że czuję, że nie mam wystarczającej ilości słów w głowie by wyrazić to, co wzbudziła we mnie lektura, skądinąd jedna z najlepszych w całym moim życiu. Jak „Światło, którego nie widać” nazwałabym studium dotyku, tak „Pachnidło” zdecydowanie rozbiera na czynniki pierwsze i przepięknie pracuje nad innym zmysłem – powonieniem. W książce Suskind zaklął ogromne ilości zapachów, a opisując je tak sugestywnie sprawił, że Czytelnik nawet nie wie kiedy pojawiają się one w jego głowie.

Na nóżkach niemowlaki pachną jak taki gładki, nagrzany kamień…, nie, raczej jak garnek… Albo jak masło, tak, świeżutkie masło. A na na ciele pachną jak… kawałek ciasta zanurzony w mleku. A znów główka, tu, na czubku, gdzie robi się wicherek, tu pachną najładniej. W tym miejscu pachną karmelem.

giphy1

Zapachy biorą Czytelnika w posiadanie, daje się on z rozanieloną twarzą wodzić Grenuille’owi za nos (dosłownie!). Pod wpływem lektury jęłam zatkanym alergią nosem węszyć nieustannie w powietrzu, by wychwycić wszystkie te na co dzień ignorowane, bo tak dobrze znane wonie, które wyczuwa Grenouille. Po nitkach zapachów wędrowałam po świcie i starałam się wyłączyć choć na chwilę wszystkie inne zmysły poza tym jednym, by poczuć choć małą cząstkę tego, czym żył Jan Baptysta. Na szczęście szał minął zanim zadusiłam pierwszą napotkaną kobietę drylującą mirabelki, ale wyostrzona wrażliwość w umyśle została zaszczepiona.

Tu przystanął, skupił si w sobie i poniuchał. Miał go. Trzymał go mocno. Zapach spływał niczym wstęga w dół rue de Seine, ten właśnie zapach, aczkolwiek bardzo słabiutki i bardzo subtelny. Grenouille czuł jak bije mu serce i widział, że bije tak nie wskutek pośpiesznego marszu, ale z bezradnego podniecenia, jaki ten zapach w nim wywoływał. (…) Miał w sobie świeżość, ale nie była to świeżość limet czy pomarańczy, ani świeżość mirry, ani liści cynamonu, ani mięty ogrodowej, ani brzóz, kamfory, szpilek jodłowych, ani majowego deszczu, ani mroźnego wiatru, ani źródlanej wody… i zarazem miał w sobie ciepło, ale nie takie jak bergamotka, cyprys, czy piżmo, i nie jak jaśmin albo narcyz, nie jak drzewo różanie i nie jak irys… Ten zapach był ciężki, nie, nie mieszaniną, był jednością, a do tego był nikły i słaby, acz z drugiej strony trwały i mocny, niczym strzęp leciutkiego, mieniącego się jedwabiu… ale znowu ni przypominał jedwabiu, tylko słodkie jak miód mleko, w którym rozpuszcza się biszkopt (…). Ten zapach schwytał go i ciągnął ku sobie.

Na uwagę zasługuje nie tylko niezwykły pomysł manipulacji ludźmi za pomocą woni, ale i ogromnie bogaty portret psychologiczny mordercy. Tak bogaty, że pisząc słowo „morderca” zawahałam się – bo przecież przez te 250 stron tak dogłębnie poznałam Grenouille’a, przecież on po prostu MUSIAŁ zabić te 25 kobiet… Wzbogacając stale plot wydarzeń o elementy introspekcji głównego bohatera, jego wizyty w „wewnętrznym pałacu zapachów”… Brak mi słów.  Dodatkowo Autor roztacza przed Czytelnikiem wcale nie ubarwioną, turpistyczną wręcz wizję osiemnastowiecznego Paryża, nie skąpi także lekkiego, charakterystycznego humoru w stylu Victora Hugo – wszystko to razem sprawia, że „Pachnidło” naprawdę wpływa na człowieka i zostaje w nim na bardzo długo. Ta książka całkowicie zmienia patrzenie – a może powonienie?

t7t1lmbkte1z6


Wszystkie gify pochodzą ze strony giphy.com

Wszystkie cytaty pochodzą z „Pachnidło. Historia pewnego mordercy”, Patric Suskind, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa, 2015 r.

Reklamy

12 uwag do wpisu “Pachnidło, czyli „bal zapachów z fajerwerkami wonności”

  1. To przeznaczenie. Trafiłam na tego bloga zaledwie dwa dni po odświeżeniu sobie mojej ulubionej, tej jedynej książki, o której mowa w ostatnim poście.

    Polubienie

  2. To przeznaczenie. Trafiłam na tego bloga zaledwie dwa dni po odświeżeniu sobie mojej ulubionej książki, tej jedynej, o której mowa w ostatnim poście, i filmie, który zajmuje drugie miejsce.

    Polubienie

  3. Pingback: 100 Inkoholiczkowpis, czyli blogowe Hall of Fame | inkoholiczka

  4. Książkę czyta się przyjemnie, ale… Rzadko kiedy autor popełnia tyle błędów w budowaniu fabuły. Przykład? Jak nasz bohater przemycił flakonik z pachnidłem do celi „śmierci”? Nie przeszukano go? Schował sobie w d….? Przecież to jest kluczowy moment dla zakończenia powieści, a tu taki babol. Zresztą pełno ich w całej książce. Marną pociechą dla utora jest fakt, że w filmie takich dyskwalifikujących niedorzeczności jest jeszcze więcej.

    Polubienie

  5. Może wtedy jeszcze żandarmi tak nie przeszukiwali…? 😉
    Jakoś nie zwróciłam uwagi, faktycznie, może powinnam mu się lepiej przyjrzeć. Może zapach mnie omamił? 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s