„Kobiety despotów”, czyli wycieczka za kulisy historii

Nie byłam nigdy tym typem ucznia, którego za czasów szkolnych szczególnie fascynowałaby historia. Mimo galopującego humanizmu jakoś nie wchodziły mi do głowy setki dat, tytuły rozmaitych królów, hrabiów czy delfinów, miejsca bitew i powstań – jak większość dzieciaków nie potrafiłam wyobrazić sobie, że te wszystkie podręcznikowe historie wydarzyły się naprawdę, że nazwiska to ludzie z krwi i kości, że Chrobry spluwał, że Kopernika czasem bolał brzuch, jak NN dostał bagnetem to polała się krew taka sama jak moja. Później moje patrzenie na historię nieco się zmieniło – może za sprawą biegnących latek, może kolejnych czytanych książek, a może wspaniałego wprost boomu na beletrystykę historyczną i biografie, który na polskim rynku wydawniczym gości od lat kilku i na razie nic nie wskazuje na to, żeby się gdziekolwiek wybierał. Jednym z jego owoców, niewątpliwie udanym, soczystym i smacznym są “Kobiety Despotów” spod pióra Przemysława Słowińskiego.

32783779_165936107434285_7767603411725320192_n

“Do szaleństwa oddane i posłuszne. Zazdrosne i żądne władzy. Żony i kochanki. Bite, osamotnione, zdradzane. Za życie z despotami płaciły wysoką cenę – chorowały na nerwicę, ginęły w niewyjaśnionych okolicznościach, popełniały samobójstwa.”

Czytaj dalej

Reklamy

„Anne with an e” – powrót do lat dziecinnych czy mroczna adaptacja?

Rudzielca z Zielonego Wzgórza nikomu przedstawiać nie trzeba – każdy chyba zetknął się z nim w czasach szkolnych, a niektórzy nawet szczerem sercem pokochali. Osobiście nie byłam nigdy dziką psychofanką książek Lucy Maud Montgomery, ale całkiem przyjemnie się mi je czytało, a do ulubionych części wracałam kilkukrotnie. Kiedy dowiedziałam się o Netflixowej adaptacji i zobaczyłam pierwsze zwiastuny byłam naprawdę zaciekawiona – zamierzałam rzucić się na pierwszy sezon jak tylko wyjdzie. Jak widzicie nie zrealizowałam tego zamiaru tak szybko jak chciałam… Ale oto, rzutem na taśmę opisze Wam Inko kilka swoich myśli nieuczesanych w obliczu stojącego w drzwiach drugiego sezonu.

anne-with-an-e-season-2-netflix-release-date-trailer-cast-anne-of-green-gables-979119 Czytaj dalej

„Ułuda”, czyli psychodeliczny trip po Indiach

Nie byłam nigdy typem szczególnie w Indiach zafascynowanym – dobrze wiecie, że to raczej Północ leży w kręgu moich zainteresowań. Drogi literackie różnie jednak czytelnika wiodą (czytaj: obok stoiska Świata Książki na tegorocznych WTK), różnych ludzi ciekawych człowiek na drodze swej spotyka (czytaj: Kubę i Agnieszkę – dzięki!). I tak oto znalazłam się w samym środku „Ułudy”, której premiera zbliża się wielkimi krokami – już 20 czerwca, za kilka dni dosłownie. Zanim zacznę opowiadać, radzę ustawić się w blokach startowych w pozycji ready – tak asekuracyjnie, żebyście mieli dobry wylot do księgarni, jak już skończycie czytać! 😉 Bo będzie za czym biec!

ułuda tło Czytaj dalej

“Bagno szaleńców”, czyli kobieta zatargała mnie za kudły w głąb Zony

Z postapo jakoś nigdy nie było mi po drodze. Naprawdę – hermetyczne odmęta sci-fi oraz
magioimieczowe klasyczne fantasy zaspokajało moje potrzeby w zupełności – na co mi te stalkery, Czarnobyle, eeee! Idź mię pan w zonę. Poza tym, jak mówiłam około tysiąca razy, jestem absoltnie anty-wyznawcą wszelkiej maści horrorów kierując się logiczną zasadą, której nauczył mnie był mój kolega ze szkolnej ławy: “po co ja mam fim oglądać, jak już plakatu się boje?”. W efekcie dostojnym krokiem sędziwego mutanta mijałam wszelkie postapowe klimaty szerokim łukiem i tylko od czasu do czasu na
jakimś konwencie zachwyciłam się, focąc, oporządzeniem tego i owego. Do czasu aż pewna stalkerka w masce gazowej typu buldog (tak, do Ciebie mówię, Słowacja) nie zaczęła mi jojczeć nad uchem: Eeeeej, weź zrecenzuj najnowszą zonę, proszęproszęproszę. A ja serce mam, jak wiecie, gołębie, poza tym trochę się bałam odmówić lufie Zbawiciela przystawionej do czoła, i tak oto “Bagno szaleńców” zagościło na mym warsztacie.

30085917_1928581553821047_2433232636861218816_n Czytaj dalej

SHARE WEEK 2018 – głos Inko

Ruszyły właśnie zgłoszenia do kolejnego Share Weeku. Po raz kolejny niezawodny Tata Chrzestny blogerów Andrzej Tucholski organizuje jedną z najfajniejszych akcji po tej stronie internetów – polega on na tym, że każdy blogujący może oddać 3 głosy na swoich ulubieńców. Ludzi, którzy tworzą, a przede wszystkim wpływają w jakiś sposób na innych. Tym razem waluta, którą narzucają nam statystyki i social media nie znaczy nic – nie chodzi ani cyferki, ani liczby współprac, ani o kolorowe wykresy. Tym razem, dla odmiany, chodzi o człowieka.

Andrzej pisze:

Wielu nie dotarło jeszcze do porannych programów telewizyjnych i jeszcze nie są śledzeni przez miliony. Ale robią to, co robią z pasją i uczuciem i nigdy nie wiadomo, czy nie zmieniają komuś życia na lepsze – powoli, dzień po dniu – choćby i w mikro skali tego, gdy jedna osoba czyta drugą osobę, i powstają w tej relacji myśli i poczucia niemożliwe do osiągnięcia w inny sposób.

A potem jeszcze mówi, że jesteśmy dziwni. No może jesteśmy. 😀

Czytaj dalej

8 najlepszych filmowych scen tanecznych, czyli Inko na parkiecie

Dawno nie było o filmach, a że ostatnio nie oglądałam nic wybitnie ciekawego, pokuszę się o małe, roztańczone zestawienie. Od zawsze zwracałam uwagę na sceny tańca w oglądanych filmach – i nieraz właśnie od nich do owych filmów, jak po nitce do kłębka, trafiałam 😉 Zapraszam Was na złotą ósemkę moich ulubieńców. Będą panie w pięknych sukniach i panowie, których o wywijanie nogami nigdy byście nie podejrzewali!

Czytaj dalej

„अन्नपूर्णा Annapurna”, czyli wyprawa oczami himalaisty

Nigdy nie byłam szczególnie zainteresowana tematyką alpinizmu czy himalaizmu – ot, po prostu wiedziałam, że coś takiego istnieje. Po górach lubię chodzić, ale równie mocno po lesie, nad morzem, czy gdziekolwiek indziej, gdzie jest natura. Tym bardziej byłam sama zaskoczona swoją reakcją na sprawę Tomka Mackiewicza – autentycznie, jak nigdy do tej pory żadne tego typu relacje niewiele mnie obchodziły, tak wtedy czułam się bardzo dotknięta, zaangażowana, jakby chodziło o kogoś kogo znam. Sprawa skończyła się jak się skończyła, a ja daleka jestem od wypowiadania się na jej temat – bo po prostu zupełnie się na tym temacie nie znam. Ale zainteresował mnie, nie powiem. Postanowiłam dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat i właśnie wtedy wpadła mi w ręce „Annapurna”.

28157643_1794278094211907_9148783251085590528_n

Czytaj dalej

„Wyspa”, czyli jak Islandię od świata odcięli

Pewnego dnia czas w Islandii staje w miejscu, gdy nagle wysiada łączność. Wszytskie 4 kable podmorskie, łącznie z tym tajnym wojskowym, satelity, internet, maile, telefony, NIC. Statki, samoloty, helikoptery nie wracają. Islandczycy zostają zdani sami na siebie i nagle przypominają sobie, że są na samotnej wysepce pośrodku rozszalałego oceanu. A czasy się zmieniły, nie są już tym samym  ludem co przed laty, poznali już kontynentalne życie. Co się wtedy z nimi dzieje?

Przed Wami political fiction… Lub, jak kto woli, SF z gatunku tych „tuż za rogiem”. To się może wydarzyć przecież w każdej chwili.

Bjornsdottir_Wyspa_mi Czytaj dalej

5 brzydkich słów, które mogłyby być przekleństwami, czyli *&/@*$#!

96lfgms

Czujecie się czasami jak ten kot na powyższym obrazku? Już Wam się łapki w pięści zaciskają, już żyłka pulsuje, już nozdrza chodzą niebezpiecznie, już zgrzytają szczęki… Siarczysta wiązanka już-już szykuje się do odrzutowej eksmisji z Waszych ust aż tu NAGLE! Przypominacie sobie jakiegoś powodu nie możecie przeklinać. Albo macie takie postanowienie, albo osoba, którą chcecie zgnoić sprawia, że jest to niekoniecznie bezpieczny sport, albo nie wiem co. Nieważne. Nieważne są Wasze motywy.

Przychodzę Wam na pomoc z pięcioma poręcznymi, zgrabnymi, brzydkimi jak noc listopadowa słowami, które z przekleństwami nie mają zupełnie nic wspólnego – poza brzmieniem. Obiecuję, nie będzie żadnego „ty w ząbek czesany gałganie niecnoto” ani „och motyla noga”. Błagam, czy to kiedykolwiek kogokolwiek rozluźniło?

Pani poniżej wygląda na gotową do wyliczanki, więc jedziemy:

swearing Czytaj dalej